sobota, 2 sierpnia 2014

16. Śpiąca królewna




[Marina]

Konkurs konkursem i po konkursie. Najważniejsze, że podium polskie i to z jakim akcentem! Wszak miło było patrzeć na Kamila, no i nawet na Jaśka, jak odbierają gratulacje. I nie ukrywam, że i mnie lekkie ukłucie zazdrości dopadło, bo kurczę blaszka tak niewiele brakowało, a mogło być całe podium biało-czerwone, nie? Ale by w ojczyźnie przeżywali! Normalnie na rękach by trójcę najlepszą nosili! W sumie nie tak całkiem źle było udawać tego mojego brata łamagę, wszak w przebraniu porywalizowałam sobie z facetami i nie miałam czego się wstydzić. Ba, skakałam lepiej od niektórych wybitności. Gdyby się tylko dowiedzieli to byłby sajgon na całego! A tak odsunę się w cień i niech sobie tej mój nielot Marcin skacze. Tylko niech ma formę, żeby się nie okazało, że ten przybrany Marcin, a ten prawdziwy to dwie różne osoby. Chociaż nie mój problem. Mnie rwało już do domu żeby w spokoju spotkać się na Skypie – a w końcu i osobiście – z Krzysiem. Dacie wiarę, że normalnie recytowałam z pamięci definicje? Tak się przyszykowałam, bo przecież nie wypadało, żeby kolega mojego brata się mnie wstydził, poświęcając mi swój wolny czas. Czuję, że ta cała matematyka to będzie mój ulubiony przedmiot!

Z tej całej radości spakowana byłam pierwsza, jak nigdy. W recepcji siedziałam gotowa z wszystkimi torbami, że aż co po niektórzy to się zastanawiali, czy aby przypadkiem nie mam gorączki, bo przecież ja to „zawsze” muszę coś wymodzić i wychodziło, że Prędki zawsze był ostatni. No chyba że oni się umówili, żeby przyjść później, a Prędki lizus się wychylił. To wtedy był pierwszy. I tak źle, i tak niedobrze. Nawet nie zauważyłam, że Kamil jako drugi ze wszystkim w pełni gotowości przysiadł się do mnie, chcąc mi dotrzymać towarzystwa. Od kiedy wie, że jestem dziewczyną to czasami naprawdę dziwacznie się zachowuje. Pochylił się nieco w moją stronę i ni z gruchy, ni z pietruchy zaczął ze mną rozmawiać.

- To prawda, że dzisiaj ostatni raz z nami skakałaś? – szepnął konspiracyjnie, a mi nie pozostało nic innego, jak przytaknąć głową. Jeśli myślałam, że to koniec to byłam w błędzie, ponieważ nasz lider jakby się dodatkowo rozkręcił – Szkoda, miałem nadzieję, że będę mógł cię lepiej poznać, ratować twój tyłek w różnych opałach i co najlepsze móc porywalizować z tobą. Całkiem dobrze ci idzie skakanie z nami. 

Patrzyłam na Kamila z niemałym zdziwieniem, bo albo mu to zwycięstwo poprzestawiało coś w makówce, albo Pieter znowu herbaty pomieszał i lider wypił gwinta z prądem, za którym notabene nie przepada. Chrząknęłam spokojnie, chcąc ukryć zdziwienie, bo z jednej strony to bardzo budujące, kiedy słyszysz z ust Mistrza Świata, że ma motywację i chęć zdrowej rywalizacji z tobą, ale z drugiej strony… no naprawdę męski mózg i psychika nie są stworzone do rozumienia takich istot jak my, niewiasty. A jeśli takowy się znajdzie, który zrozumie nasz tok myślenia, to proszę naukowców i wszystkich organizatorów wszelakich nagród o wręczenie mu takiej figurki i wyróżnienia, by cały świat wiedział, że nie jesteśmy osamotnione w naszych osądach. No ale wróćmy do sedna, bo zboczyłam trochę z tematu. Po chwili do naszego towarzystwa przyłączyli się Stefan i mój cudowny Sobczyk z uśmiechem na twarzy. Widziałam, że swoje porachunki sobie załatwił, bo wyglądał jakby trafił w totka. Już miałam otworzyć usta, by zadać pytanie czy problem rozwiązany, gdy nasze towarzystwo rozrastało się do niebotycznych rozmiarów w postaci całego sztabu, ponieważ Kruczek miał dla nas informację. 

- Zanim wrócimy do Polski chciałbym ogłosić już teraz, kto pojedzie szukać formy, a kto już teraz ma się regenerować i pamiętać o treningach przed Turniejem Czterech Skoczni. Do Planicy to jedzie Kubacki, a Stoch, Kot, Hula, Żyła, Ziobro i oczywiście Prędki na Turniej. Muszę tylko z Maciusiakiem dogadać się kogo wziąć z juniorów. I pamiętać o jednym, mogę zmienić zdanie w ostatniej chwili jak zobaczę, że coś się zmieniło.

I już wiem, że ostatnie zdanie było raczej skierowanie w moją stronę. Pokiwałam grzecznie głową, że doszło do mnie niepisane ostrzeżenie od trenera, że mnie wykopie jak dostanę kolejną pałę z matematyki, ale to już chyba nie mój problem, nie? Sam Marcin sobie będzie musiał poradzić z bałaganem, który mu zostawiłam. Wszak pozostała część ekipy się rozeszła po swoje bagaże, gdy ja poczułam jak Hula mnie klepie.

- No to widzisz mała, wziąłem się do roboty i będziemy skakać w trójkę na Turnieju – odparł, a ja spojrzałam na niego, jakby powiedział coś, czego ja po polsku nie byłam w stanie zrozumieć. Chrząknęłam cicho, bo widząc jego radość, zaczynałam mieć wyrzuty, że musiałam kolegę sprowadzić na ziemię.

- No raczej nie ze mną – odpowiedziałam spokojnie, dając mu czas na przetrawienie tej informacji i tylko ujrzałam jak Stochowi uśmiech z twarzy schodzi, a Sobczyk zaciska nerwowo usta. Znów spojrzałam na Kamila. Zniknął ten błysk w oku, który mu zawitał od momentu, gdy wiedział, że jestem dziewczyną. Chwila moment, nie patrz tak mnie! Nie zgadzam się. Czemu czułam, że zaraz sama przewrócę oczami i odpowiem „No dobra, poskaczę z wami dalej”? Zaprzeczyłam szybko głową, próbując wyrzucić z siebie widok Stefana i Kamila, ale na nic się to zdało. Hula dostrzegając, że jesteśmy sami objął mnie nie jak kolegę, tylko tak, że jakoś zakleszczył mnie w swoich ramionach. Ja rozumiem, że jest mi wdzięczny za wsparcie, ale nie tak przy wszystkich… Znaczy się przy reszcie ekipy, bo jeszcze zdążą sobie przykleić do mnie kolejną etykietkę.

- Marina no raczej z tobą! Będę skakał przy twoim boku, tak mi Marcin…. – zastygłam w ułamku sekundy, wyrywając mu się z objęć.

- Co Marcin? – spytałam ostrzejszym głosem, czując, że prawda, którą zapewne mi zaraz wyjawi, sprawi, że wybuchnę. Na pewno. Wszak tylko mój brat wie, jak skutecznie wyprowadzić mnie z równowagi.

- To ty nie wiesz? – spytał zdziwiony Kamil, a ja zezowałam na całą trójkę. Sobczyk był milczący i tylko przyglądał się mojej postawie.

- Zabiję cię! – wycedziłam w jego stronę, nie panując nad swoim głosem, ale starsi koledzy skutecznie mi zagrodzili dostęp do niego. – Nie taka była umowa! Engelberg i koniec tej całej maszkarady!

- Marina proszę cię, nie krzycz – prosił spokojnie Stefan.

- Jeszcze cię kto usłyszy i po ptokach – wtrącił Kamil z lekkim uśmiechem.

No błagam cię, Hula! Jak ty możesz być spokojny i prosić mnie bym nie krzyczała, a ty liderze kolaborancie jeden, spiskowcu przeciwko mnie! Nie dam się, nie, nie i jeszcze raz nie. Ja dotrzymuję słowa co do umowy, a to, że Sobczyk z Marcinem już nie, to nie mój zakichany interes.

- Nie! – obruszyłam się niczym dziecko i odwróciłam się od nich plecami, spoglądając na długi korytarz hotelu. Jak mnie teraz kręciło, żeby iść do Kruczka i mu się wypłakać. Z pewnością by mnie zrozumiał.

- Pojawiły się komplikacje przy rehabilitacji. Marcin sam nie może tego przeżyć i prosi o czas – odezwał się mój pierwszy trener zdrajca.

- Nie! – warknęłam. – Skakanie, przebieranie, zaliczanie za niego, a pomyślał kto, co dla mnie można zrobić? 

- To chciałabyś coś? – spytał zdezorientowany Stefan.

O mamo! Boziuniu! Moja cierpliwość się kończy i już miałam zacząć wrzeszczeć na kumpla.

- Pewnie, że chciałabym multum rzeczy, których nie mogę wykonywać bo…bo…bo gram faceta! Pewnie, że chciałabym się porządnie wyspać, ale przecież nie mogę. Chciałabym wreszcie rozpuścić swoje włosy i się wymalować. Mówić swoim głosem, a co najlepsze chcę być sobą. No i pójść wreszcie na randkę! – dodałam z łamiącą rezygnacją, bo przecież i tak nie wiedzą, że na randkę to nie mam z kim iść, ale pal licho. 

- Oouu – wyrwało się Stefanowi, a jeśli dalej próbował coś powiedzieć to skutecznie przerwał mu dźwięk sygnału w telefonie Kamila. Odebrał i zdziwiony spojrzał na mnie.

- Tak, jest. No. Pewnie nie wziął telefonu…. Ale jesteś pewny, że chcesz z nim teraz rozmawiać? No bo wiesz… Marcin ma chwilowe załamanie. Na własną odpowiedzialność? Dobra, już ci go daję – wyjaśnił, a potem bez słowa podał mi swój telefon. – Kolega do ciebie w sprawie interesu.

Czyli w tej całej złości jest ktoś czwarty i mam teraz dalej grać Marcina?! Czy ten świat choć trochę jest dla mnie sprawiedliwy? Ja rozumiem, że chodzącym aniołkiem to ja nie jestem, nie każdy mnie kocha i lubi, szczególnie jeśli tyczy się to mojego charakteru, ale więcej wciągniętych w ten cały cyrk osób nie zniosę. Tym bardziej, że moje przypuszczenia kręciły się, że to wcale nie kolega, tylko Kamil kombinator pewnie mojego brata wrabia w kolegę. 

- Czego?! – odburknęłam niegrzecznie do słuchawki. 

Ale to co usłyszałam albo ten, kogo usłyszałam sprawił, że chwyciłam głęboki oddech. I tylko czułam, jak moje zmarszczone nerwowo brwi zaczynają się rozluźniać, wąskie usta zaczynają rosnąć z niemałym uśmiechem, a policzki zaczynają mnie piec gorącym strumieniem wypieków. Dostrzegając jednak znikomą ulgę u Sobczyka, zacisnęłam mocno szczękę i odwróciłam się brzydko od kolegów. 

- Hej Marcin! – usłyszałam jego ciepły głos i ja nie wiem jak on to robił, że moje serce całe topniało. Ja cała topniałam, gdy tylko słyszałam ten głos. 

- No hej, Krzysiek. Co się dzieje?

- Chciałem ci tylko powiedzieć, że jadę!

- O, a gdzie? – zapytałam zdezorientowana.

- Marcin, no jak gdzie? Jadę z wami! I już załatwiłem, że kwaterę mam z tobą. 

- Ze mną? Na Turnieju? – spytałam i wierzcie mi lub nie, ale żołądek mój chyba żył w jakimś innym świecie, bo bawił się w swoim dzikim tańcu cza-cza. No bo super, ale nie wiem, co jest gorszego niż przebywać z nim sam na sam...

- Więc wiesz, jak masz jakieś pały z matmy do poprawy to się pouczymy wspólnie. Do zobaczenia!

Pouczymy. Blisko. Ze sobą. Tylko my dwoje. I byłabym dalej w szoku z moim zamroczonym mózgiem, gdyby nie to, że Kamil stanął przede mną z zatroskanym spojrzeniem. Po chwili dostrzegłam też Sobczyka i Hulę.

- Co się stało? – spytał przyjaciel Stocha, a ten wzruszył ramionami.

- Krzysiek dzwonił. 

- To dlaczego Marina cała zastygła? – spytał Sobczyk, ale któryś go trącił łokciem w bok.

Niby słyszałam ich głosy, ale świadomość, że Krzysiu jak Kot może mi paradować w ręczniku po pokoju… STOP! Otrząśnij się dziewczyno! Puknij się w ten głupi łeb! I chyba moja głowa zaczęła pracować z ciałem, ponieważ z własnej nieprzymuszonej woli poczułam jak czoło mnie boli. Rzuciłam obrażone spojrzenie Grzegorzowi i na odchodne burknęłam: 

- Niech wam będzie. Skaczę do Zakopanego!


[Maciej]

Stałem jak głupek na tym parkingu od dziesięciu minut, a dalej było pusto. Zawsze jest na mnie, że się spóźniam, więc z dobrej woli poświątecznej wstałem wcześniej i przylazłem na czas, to jak na złość nikogo nie było. A może zmienili miejsce zbiórki za moimi plecami? To byłoby do nich podobne! I kolejny raz będzie, że Kota znowu nie ma. Położyłem walizkę na ziemi i usiadłem na niej, wyjmując z kieszeni telefon.

- Piotrek? – zapytałem, bo ktoś telefon odebrał, a nie odezwał się ani słowem.

- A kto ma być, jak do mnie dzwonisz? – ziewnął Żyła.

- To co nic nie mówisz?!

- Bo mi się nie chce rano – wyjaśnił zupełnie bez obciachu. Że też się nie domyśliłem!

- Czemu nikogo nie ma? – zapytałem, chociaż powoli traciłem nadzieję, że się czegoś od niego dowiem. – O której była zbiórka w Zakopanem?

Jęknął, westchnął, więc chyba wstał z łóżka i gdzieś poczłapał, pewnie do budzika. 

- Wychodzi na to, że… już – ogłosił po chwili beztrosko.

- To czemu jeszcze nikogo nie ma?

- A co mnie głowę zawracasz? – zapytał zaczepnie. – Czy ja jestem szefem zbiórki?

- Bardzo dziękuję za pomoc! – zawołałem zniecierpliwiony i rozłączyłem się bez pożegnania. Fakt, mogłem zadzwonić do kogoś innego, bo przecież Piotrka zgarniemy sprzed domu dopiero w Wiśle, więc nic dziwnego, że jeszcze spał. No, ale dalej byłem w punkcie wyjścia. Kamil nie odbierał, bo pewnie był zajęty żegnaniem szanownej małżonki, z resztą matołów to nawet nie było co gadać, więc zacząłem obdzwaniać sztab szkoleniowy. Trudno, najwyżej będą się drzeć, że nie słuchałem ogłoszeń parafialnych. Dopiero Grzesiek był łaskawy nacisnąć zieloną słuchawkę.

- No co tam znowu? – zapytał na wstępie rozkojarzonym głosem, a mnie ręce opadły aż do ziemi. Piętnaście minut temu miał być wyjazd, tylko ja jeden gotowy do drogi, a ten się pyta: „Co tam?”!

- Gdzie są wszyscy?!

- W Spytkowicach – powiedział trener, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie. – Jasiek popsuł sobie but.

- But? – zapytałem głupio po chwili, bo już sam nie bardzo wiedziałem, co jest najbardziej absurdalne w tej całej sytuacji. Powiecie, że przez tyle lat powinien był się przyzwyczaić, ale naprawdę dalej czasami zupełnie ich nie ogarniałem. – Jaki but?

- A w jakich skaczecie? W gumiakach?

Postanowiłem nie dopytywać. Miałem w nosie buty Ziobry zepsute bądź nie. Ważne, żebyśmy w końcu pojechali na ten Turniej, bo zaraz zapuszczę korzenie na tym parkingu. Ale oczywiście nie dowiedziałem się kiedy wyjeżdżamy, bo wszyscy byli zajęci Jaśkiem idiotą. Jak można zepsuć sobie but w święta Bożego Narodzenia? Co on z nim robił? Po chwili, chcąc nie chcąc, zostałem poinformowany, że sprawa poważna, bo nowy dostarczą za dwa tygodnie najwcześniej, a w jednym bucie skakać się nie da i jesteśmy w kropce. To znaczy Ziobro jest, bo ja to akurat się tym najmniej przejmowałem. No chyba że przez geniusza spóźnimy się na pierwszy konkurs. 

- No ale od patrzenia to chyba się nie naprawi – westchnąłem przeciągle. 

I dostałem za swoje. Kazali mi siedzieć na tym parkingu i obdzwaniać po kolei wszystkich matołów z kadr i klubów czy któryś nie ma przypadkiem butów narciarskich w odpowiednim rozmiarze do pożyczenia. Jak się pewnie domyślacie, nikt nie miał.

Czterdzieści minut później przyjechali. Już nawet nie chciało mi się komentować tego absolutnego braku poszanowania mojej osoby. Wszyscy sobie bez słowa do Ziobry na ratunek pojechali, a o mnie nikt a nikt nawet nie pomyślał i nikt mnie nie raczył poinformować. A mogłem dojeść śniadanie w spokoju. Moje zastrzeżenia zignorowano, a Sobczyk tylko dodał, że myśleli, że nim przyjdę, to już wszystko załatwią. Ale nie załatwili, więc pojedziemy do Oberstdorfu bez Jaśka Kopciuszka. Wpakowałem się zaraz do busa, bo już dosyć wymarzłem od rana i usiadłem obok Prędkiego, który właśnie zajadał kanapkę. Natychmiast sobie przypomniałem o moim bułeczkach, które dalej leżą na stole. A było mamy słuchać i spakować wczoraj! Musiałem mieć naprawdę biedne spojrzenie, bo Prędki zerknął na mnie pospiesznie, a potem odjął sobie tę kanapkę od ust i wyciągnął w moją stronę:

- Chcesz? 

Odruchowo chciałem odmówić, bo nie jestem aż taka sierota, żeby kolegom kanapki wyżerać, a poza tym w Wiśle wsiądzie Piotrek, który na pewno będzie miał całą siatę jedzenia od Justyny i na pewno by się podzielił. No ale nie zdążyłem pokręcić głową, bo mój żołądek wyraźnie zdradził, że mam na tę kanapkę smaka. Przyjąłem więc bułkę od Marcina i podziękowałem grzecznie, a wtedy dostałem sms od Pietera: ZIOBRO NIE JEDZIE! Obudził się geniusz rychło w czas…

- Klimek przepadł – ogłosił Klimowski, przysiadając się obok Łukasza. – To co? Dzwonimy do Kubackiego.

- Nie odbiera – wtrąciłem, przełykając kolejny kęs. Swoją drogą naprawdę dobra kanapka, pewnie mu mama robiła. A do Mustafa trzy razy dzwoniłem, bo przecież mi wszystkich nękać kazali, nie patrząc na to, że mieliśmy poświąteczny poranek.

- Co może robić Dawid o dziesiątej w wolny dzień? – zapytał Kruczek, odwracając się w naszą stronę. Każdy uśmiechnął się pod nosem, bo domyślaliśmy się odpowiedzi. Na bank idiota śpi!

- Jedziemy do Szaflar! – ogłosił trener. Sprawdził jeszcze czy wszyscy się do busa zapakowali i z piskiem opon ruszyliśmy w stronę Nowego Targu.

Kilkanaście minut później podjechaliśmy pod jego dom. Oczywiście kolejnych trzech telefonów nie odebrał, bo po co. Drzwi były zamknięte i na pierwszy rzut oka wyglądało, że nikogo nie było, ale nauczony doświadczeniem od razu spojrzałem w stronę jego okna. Zasunięte! Na bank śpi. Zaraz skręciłem do przedsionka i ku zdziwieniu Prędkiego wsadziłem rękę w doniczkę na parapecie.

- No co? Znamy się nie od dziś – zaśmiałem się do niego, bo ta kanapka trochę poprawiła mi humor. Wyciągnąłem klucz i podszedłem do drzwi. Raz, dwa i zamek się otworzył, więc wytarłem buty o wycieraczkę i wszedłem do środka, a za mną Marcin. Reszta w najlepsze siedziała sobie w busie, jak łatwo można się domyślić. 

-Muuuuuustaf – zawołałem, rozglądając się po domu. Trochę dziwne, że nikogo z rodziny nie było. Prędki zniknął w kuchni, a po chwili moją uwagę przyciągnął jego śmiech.

- Duduś! W lodówce masz obiadek, więc sobie odgrzej. Wrócimy wieczorem. Mama! – przeczytał Młody na głos, a wtedy i ja się roześmiałem. Duduś! Chłopaki padną jak im powiemy. Szkoda było czasu, więc od razu poszedłem do jego pokoju. No oczywiście! Śpi królewna Roszpunka!

- Wstawaj, Duduś!!! – ryknąłem, a ten się tylko przewrócił na drugi bok. Prędki westchnął, przypominając mi o swoim istnieniu. Rzuciłem mu klucze i wytłumaczyłem jak ma dojść do komórki, w której Mustaf trzymał sprzęt.

- Mówiłem, że znamy się nie od dziś – wyjaśniłem. – Spakujcie sprzęt z chłopakami, a ja go doprowadzę do porządku.

Prędki poszedł, a ja zerwałem z Dawida kołdrę i zmusiłem by wstał. Spojrzał na mnie jakby ujrzał smoka wawelskiego, ale co się dziwić. Wyglądał jak niedźwiedź zbudzony w ziemie ze snu.

- Zbieraj się! Jedziesz za Ziobrę na Turniej! – powiedziałem powoli i wyraźnie. Gapił się na mnie nieprzytomnym wzrokiem, więc westchnąłem i zacząłem rozglądać się po pokoju. Może mamy tyle szczęścia i się leń przebrzydły nie rozpakował po Engelbergu? No ale niestety! Mamusia przez święta zadziałała i wszystkie rzeczy Dudusia leżały wyprasowane i poskładane równiutko w kosteczkę w szafie. – Pakuj się! – rozkazałem, ale gdy spojrzałem ponownie w jego stronę, to ten bezczelnie spał oparty o szafę. Zaraz zabiję na miejscu, będziecie mi świadkiem! Cóż, już trochę życie znam. Wiedziałem, że nic z tego nie będzie. Chwyciłem wściekły walizkę i rzuciłem mu na łóżko. Przynajmniej będę miał pewność, że się tam nie położy. 

I co ja mam mu zabrać? Na początku znalazłem bluzę kadrową, więc wrzuciłem na samo dno. Później ze trzy podkoszulki. Trudno, będzie musiało mu wystarczyć. Majtkowa czapka! Koniecznie! Znalazłem jeszcze drugą, więc też wziąłem, niech matoł ma. Wyjąłem szufladę z bielizną i skarpetkami i wrzuciłem do torby całą jej zawartość, bo co ja mu będę wybierał? Jeszcze jakieś gacie! Przez fotel wysiały te jego ulubione – obciachowo-zielone. Upchałem je w walizce i wróciłem do szafy, bo by wypadało znaleźć coś normalnego. Nie daj Boże wygra i co? Będzie wyglądał jak ostatni burak w jaskrawych gaciach i majtkowej czapce. No ale nie było nigdzie innych, więc machnąłem ręką. Wystarczą mu te obciachowe! Nie mój problem. Dobra, piżamę ma na sobie. Jeszcze zajrzałem do łazienki, ale nie miałem pojęcia która jest jego szczoteczka. Kupimy mu nową na stacji benzynowej. Już się poświęcę i mu zafunduję, a pastę do zębów pożyczy mu tam któryś. Szampon! Taki specjalny do włosków blond, żeby mu nie ściemniały. Na pewno jego! Wróciłem do pokoju, a ten dalej bezczelnie spał, nic sobie nie robiąc ze wszystkich moich wysiłków! Westchnąłem głośno, domykając jego walizkę. O proszę, jaka lekka! Zarzuciłem na ramię, a drugą rękę chwyciłem zaspanego Kubackiego. 

- Budź się! – wrzasnąłem mu do ucha, a ten łaskawie otworzył oczy, uśmiechając się głupkowato. Rzuciłem mu kurtkę, bo przecież nie będę idioty jeszcze ubierał na dodatek. – Zakładaj ją! 

O dziwo, posłusznie wykonał polecenie. Geniusze już trąbili w busie, więc chwyciłem go mocno za fraki i popchnąłem do przodu. Już idziemy! Dopiero przy wejściu sobie przypomniałem, że śpiąca królewna paraduje w kapciach. Trudno. Śniegu nie ma, więc przeżyje, a buty spakowałem do walizki. Prędki z pomocą Bieguna wpakował narty i resztę sprzętu do bagażnika, więc chyba już wszystko było gotowe. O! Proszę Państwa, nawet Mistrz Świata oderwał się od telefonu i wyszedł nam naprzeciw! Zaśmiał się na widok Kubackiego i spojrzał na mnie pytająco. Wzruszyłem ramionami, bo co? Kazali mi go przyprowadzić to mają! A piżamkę w mikołaje miał naprawdę wyjściową. Wróciłem jeszcze szybko do domu i zostawiłem kartkę mamie, żeby się o synusia nie martwiła. Pani Małgosiu! Duduś pojechał do Oberstdorfu! Wszystko ma. Maciek. Zamknąłem drzwi i schowałem klucz w doniczce. Możemy jechać na podbój świata!


--
Cześć i czołem! Bardzo się cieszymy, że LGP w Wiśle sprawiła, że jest Was więcej, a i my (chociaż nie byłyśmy :( buu...) mamy więcej energii do pisania. Ja osobiście dziękuję Korze za Dudusia :)
Aria

Witajcie!
Serwujemy Wam kolejny rozdział. Aż mi tęskno za zimą (łagodną zimą!) ponieważ upały nawet i mnie dają się we znaki....Człowiek sam już nie wiem jak ma sobie pomóc, a mu wciąż przy zimie i Turnieju Czterech Skoczni.
Dla przypomnienia skład został wybrany z powodu konkursu, który kiedyś wygrała Aia! Mam nadzieję, że być może wkrótce wymyślimy następny konkurs dla Was!
Nie pozostaje mi nic innego jak życzyć Wam miłego czytania!
I zapraszam do Alji, gdzie pojawił się nowy rozdział - tu.
Megi

To ja też zapraszam do siebie:
- do Złośliwca, który niedawno wrócił - tu.
- i do Ani i Macieja, gdzie postaram się wkrótce coś zamieścić - tu.

I jeszcze słowo o nowości z boku. Dziś chciałam znaleźć fragment pisany z perspektywy Macieja i nie mogłam znaleźć, więc dla ułatwienia zrobiłam etykiety przy postach. Można kliknąć "Piotrek" i wyświetlą się wszystkie rozdziały, w których są fragmenty pisane Piotrkiem :)
Aria

piątek, 4 lipca 2014

15. Matematyka serc




[Marina]

Im było bliżej tej lekcji elektronicznej z Krzysiem, tym większy łapał mnie stres. Stres i strach. Bo raz, że nie chciałam wyjść na matoła i nieuka, który banalnych rzeczy nie umie, a dwa to się obawiałam, że on coś pozna, wyczuje, że ja to Marcin, czy też że Marcin to ja. No i zawsze się stresowałam, jak miałam rozmawiać z fajnym chłopcem pierwszy raz. Tak, naprawdę! Wiem, że już z nim gadałam i się śmiałam, ale to zupełnie co innego rozmawiać, będąc Marcinem, a rozmawiać, będąc mną. 

Zerknęłam na zegarek i aż mi serce mocniej zabiło. No ładnie! Trzy minuty, a ja dalej niegotowa, a w pokoju burdel. Wrzuciłam wszystko z powrotem do szafy i zerknęłam do lustra. Idiotka! Co sobie Krzysiek pomyśli, że ja się matmy uczę w czerwonej sukience i szpilkach! Już zdzwonił mój komputer, sygnalizując, że ktoś się chce ze mną połączyć, gdy ja szybko ściągnęłam kieckę i ubrałam zwykły T-shirt i szorty. Zamknęłam jeszcze drzwi na klucz, a siadając przed komputerem starłam czerwoną szminkę z ust. W końcu to tylko matma. Matma i całki.

- Cześć – wydukałam na wstępie i już czułam, jak mi pąsowieją policzki. Powinnam sobie brawo bić za pomysł z tą czerwoną sukienką. Bym wyglądała jak burak albo pomidor. Dobrze, że się opamiętałam w porę.

- Jaka ty jesteś do Marcina podobna – zaczął Krzysiek, uśmiechając się uroczo, chociaż chyba trochę nieśmiało. Ale może mi się tylko zdawało. W każdym razie tak, jak tylko on potrafi. Niech żałują wszystkie fanki Macieja, bo gdzie mu do niego? No, ale ja się zmieszałam. Bo co by to było, gdyby się Krzyś połapał? A on głupi nie jest!

- To mój brat bliźniak – wyjaśniłam więc, ale wiem, że dosyć głupio. Co mam zrobić, jak nie umiem tak szybko mądrze myśleć?

Zamieniliśmy jeszcze kilka uprzejmych zdań, że Marcin sobie tak dobrze radzi w Pucharze Świata, a on, Krzysiek, na Uniwersjadzie i że oboje mamy nadzieję, że dalej im będzie dobrze szło. Zapytał, czy i ja próbuję skakać, ale zaprzeczyłam kategorycznie, mówiąc że to zupełnie nie dla mnie. Bo przecież mu nie mogłam powiedzieć, że umiem, ale mnie to wcale nie cieszy i wcale nie lubię, no nie? Serce by mu pękło. Chociaż, jakbym miała być szczera, to ostatnio mi się nawet czasem podobało. Ale nieważne! Marcin jest skoczkiem, a ja snowbordzistką! Na koniec mnie zapytał, ale to chyba z grzeczności, czy nie jest trudno tak się uczyć wszystkiego po niemiecku.

- Dlatego nie do końca rozumiem tę matmę – odpowiedziałam cicho. – Może byłoby łatwiej, gdybym chodziła na wszystkie lekcje. 

- A nie chodzisz? – zapytał zaraz, a mi zamarło na chwilę serce. Brawo, Marina! Powinni ci przyznać odznakę za wybitny umysł i najdłuższy jęzor na świecie!

- Chorowałam trochę – skłamałam, czując jak się czerwienię. Nawet nie wyobrażacie sobie jak głupio i podle się czułam!

- To jest akurat bardzo proste! Zaraz ci wszystko wytłumaczę – dodał, rozkładając przed sobą notatki. I zaczął mówić i mówić o tych całkach, a potem robiliśmy zadania: pierwsze, drugie, trzecie, dziesiąte, dwudzieste… Nie będę tu streszczać, żeby Was nie zanudzić na amen. Przy trzydziestym pierwszym ćwiczeniu stwierdziłam, że chyba jestem masochistką, bo zaczynałam mieć nadzieję, że kolejne będzie trudniejsze, a Krzysiek mi będzie dłużej wbijał te liczby i wzory do głowy. A tu psikus, że to serio było banalne i raz dwa wszystko zrozumiałam. Chociaż może to Krzyś ma taki talent pedagogiczny? 

- Brawo! Zdolna jesteś jak Marcin – pochwalił mnie na koniec. – Ba! Zdolniejsza!

Spuściłam oczy, żeby nie widział mojego zawstydzenia.

- No co ty! Te całki są proste – uzupełniłam.

- Wiesz… Nie wiem jak to jest po niemiecku, ale po polsku to się na pewno nie nazywa całki – powiedział z lekkim uśmiechem. 

- Nie? A jak?

- Ciągi – wyjaśnił, a ja czułam, że przybrałam kolor buraka albo przejrzałego jabłka. Co on sobie o mnie pomyśli? Ale nim się zdążyłam zestresować, to on uśmiechnął się przyjaźnie, jak gdyby nigdy nic. – Ciągi liczbowe.

Jak jest ciąg po niemiecku to chyba zapamiętam do końca życia!


[Marcin]

Mam bardzo kochaną siostrę, nie ma co. Odkąd tylko, z łaski swojej, zgodziła się udawać mnie, to tylko wrzeszczy na mnie nieustannie. Przecież to nie moja wina, że ja, będąc cięższy, złamałem gałąź i zarazem nogę. Jakby człowiek przewidywał wszystkie katastrofy, to by się wystrzegał szukania guza gdzie popadnie, nie? Bądźmy jednak teraz poważni. Podpadłem jej teraz przez naszych rodziców, które podkablowali trenerowi, że mam pały z matmy. Dobrze, że udało mi się zaliczyć to cholerstwo z pomocą kolegi, ale nie przypuszczałem, że podkopię się i Kruczka, który kazał mojej siostrze w moim imieniu zaliczać wszystko u mojego nauczyciela. Uff, dobrze, że nic się nie wydało. 

W każdym razie plan się nie spalił, ani sprawa wiadoma się nie rypła, a że przysporzyłem jej trochę nerwów to cóż, mówi się trudno. Nie chciałem! A ona jeszcze mi podziękuje, że dzięki mnie jest o kilka lekcji do przodu i wykorzysta zdobytą wiedzę w Austrii. A poza tym, to chyba polubiła matematykę, bo się zamknęła w pokoju na cztery spusty i się uczyła już ze dwie godziny. Tylko nie do końca rozumiem w jakim celu wcześniej dwie godziny spędziła w łazience. Ale cóż. Teraz mam poważniejsze problemy na głowie, a lista niestety jest bardzo długa. Bo po pierwsze, rehabilitacja mi się opóźniła, co krótko mówiąc oznaczało, że na Turniej Czterech Skoczni to ja sobie pojechałem dupą po nieheblowanej desce. Sobczyk oczywiście kazał mi nie panikować, że ma dobre relacje z Mariną i na pewno zgodzi się jeszcze mnie poudawać do… no właśnie – dokąd? Prawdopodobnie do zawodów w Polsce… Żeby się zgodziła! Wszak trener Kruczek zapowiedział, że w Zakopanem ogłosi skład i może… Ach! chyba bym pod sam sufit skakał, gdybym zobaczył swoje nazwisko w kadrze olimpijskiej… Ja, nieopierzony gówniarz, w składzie na olimpiadę! Najmłodszy w wiosce olimpijskiej! Ale równie dobrze to Marina mnie może zabić dużo, dużo wcześniej. 

Po drugie. Chodzi o Klemensa. Bo jak wiecie to mój najlepszy kumpel, prawie jak brat. Ja wiem, że trudno udawać, że zna się przyjaciela na wylot, gdy się jest dziewczyną, ale Marina mogłaby być ciut milsza dla Murańki... Aż dziw bierze, że Klimek niczego nie podejrzewał i sądził ciągle, że to z nerwów wolę innych unikać i spać w pokoju z trenerem Sobczykiem (rzekomo mam szlaban i nadal nie mogę się dowiedzieć za co!) a przez telefon czy na chacie na FB to ja już jego stary dobry druh. Muszę chyba podać parę wskazówek tej mojej złośnicy, bo przecież nie przekreślę mojej męskiej przyjaźni z kumplem przez jakieś humory dziewczyńskie. I pomyśleć, że wszystko, co może się rozwalić jest z winy płci pięknej… 


[Marina] 

Wreszcie! Nareszcie! Lepszego dnia nie mogłam wymodlić! Od rana chodziłam z zadowoleniem na twarzy, aż w pewnym momencie to nawet Kot mi się spytał, czego się naćpałam (znaczy się naćpałem), że taki wyszczerz zębów mam. Kazałam mu spadać, bo co ja mu się tłumaczyć będę. W Engelbergu po raz ostatni udawałam brata i byłam, ba miałam prawo być, z tego powodu mega szczęśliwa. Umowa to umowa, nie? Spełniłam obietnicę i nic nie przeszkodzi mi na drodze bym mogła zacząć żyć po swojemu, sobą i taką jaką jestem. 

Jedyne, co kazało mi mieć się na baczności, to było nijakie zachowanie Sobczyka. Chodził smętny, jakby mu kto umarł i choć czasami mnie denerwował, to z drugiej strony było mi go żal, gdy widziałam tę jego udręczoną, przemęczoną twarz. A skoro potrafił czasami zadbać o moje psychiczne kobiece komforty, to tym razem ja siadłam koło niego i po babsku kazałam mu się spowiadać. 

- Dobra Grzesiek, co się dzieje? Bo wyglądasz jak zbity pies – zaczęłam, a trener jakby się tylko skurczył nerwowo, zezując w moją stronę.

- E, tam mała. Nie będę ci głowy zawracał dorosłymi sprawami. Powinnaś się przygotowywać do zawodów. 

- E, tam wielkoludzie! – Postanowiłam naśladować samego trenera. – Skoro czasami ty mi pomogłeś, to ja bym ci nie mogła?

- Naprawdę chcesz mi pomóc? – spytał niepewnie Sobczyk, jakby uważnie dobierał słowa na wypadek gdyby z jego ust wyrwało się coś, czego mógłby pożałować. Kiwnęłam mu tylko głową na dodanie otuchy. Poklepał mnie delikatnie po ramieniu, uśmiechnął się pod nosem i szepnął z dumą:

- Utrzyj dzisiaj innym nosa w konkursie. O nic więcej nie proszę. A moim problemem się nie przejmuj. Jak to się mówi, nawarzyłeś sobie piwa, to je wypij…

- A tyczy się to czego? – spytałam, niepewnie pocierając brew

- Dorosłych spraw, o których wiedzieć nie musisz! – odparł na wydechu trener i wyszedł, zostawiając mnie samą w zdziwieniu.

Przecież ja doskonale sobie radzę z dorosłymi problemami, nie? Bo kto doradzał Huli w relacjach damsko-męskich? Więc Sobczykowi bym miała nie pomóc? Albo inaczej. On uważa, że taki dzieciuch jak ja o życiu nic nie wie? Muszę pogadać ze Stochem i Hulą, żeby oni, dorośli, podpytali, o co temu biednemu Sobczykowi chodzi. Nie będę zołza, co się na samo pożegnanie tyłkiem wypina do wszystkich. Kultura musi być!


[Grzesiek]

Nie przeżyję! Na pewno dzisiejszego dnia nie przeżyję. Nawet jeśli Marina by stanęła na podium w szampańskim humorze. Przecież jakbym jej teraz powiedział to znowu bym musiał kombinować i wymyślać na poczekaniu durne kłamstwa dla Kruczka. Co ja mam zrobić? Powiedzieć przed konkursem źle, powiedzieć po konkursie… to może zakończyć się tragedią i weź tu bądź mądry człowieku. 

Mała od rana w szampańskim humorze. Też bym był na jej miejscu, gdybym nie był niczego świadomy. Tylko na jak długo, bo niestety zegar tyka, czasu coraz mniej, a prawdę trzeba będzie wyjawić, że nie wraca do Stams, tylko czeka ją ostry wyścig konkursowy zwany Turniejem Czterech Skoczni. Ja to mam ciężkie życie! I cholernie się o nie boję! Zdążyłem już poznać, kiedy Marina wpadała w furię i należało się jej bać. Dlatego miałem plan! Niby Mała chciała mi pomóc, ale dobrze, że jednak nie wiedziała jakiej pomocy potrzebowałem. Gdybym jej powiedział, zapewne czytalibyście wspomnienie trupa. Nie wzbudzając w niej żadnych podejrzeń, zostawiłem ją w szampańskim humorze i zapukałem do drzwi o widniejącym numerze 119. 

- Chłopaki musimy poważnie pogadać… – rzuciłem na dzień dobry, zamykając drzwi za sobą.

W nich była moja ostoja, jedyna nadzieja i być może tarcza obronna przed złym wilkiem. Znaczy się bardzo złą i wściekła kobietą, z którą zetknięcie się mnie nie ominie. 


[Janek]

Wreszcie coś mi się zaczyna układać! Może nie tak, jak sobie to zaplanowałem, ale idziemy w dobrym kierunku. Na śniadaniu widać było, że humory wszystkim dopisywały. Nawet gówniarzowi Prędkiemu. Ryj uśmiechnięty od ucha do ucha, a jaki uprzejmy dla wszystkich! Pewnie coś zmajstrował i się podlizuje lizus wszystkim! Ale, z dwojga złego, lepiej że nie wkurzał dzisiaj Kruczka. Niech się cieszy, że takim tępakiem nie jest, za jakiego go miałem i zaliczył tę matematykę. 

Po śniadaniu trener zarządził mały trening, a potem wzięliśmy się za pakowanie swoich sprzętów. Serwisant nam narty wypucował i już miałem chwycić swoje i spakować do pokrowca, jak zauważyłem, że Prędki spoglądał na swoje z pisakiem w dłoni. Pasjonujące naprawdę! Gapić się na swoje narty. Modły jakieś odprawia, rytuały, żeby się nie wyglebał czy czego go tam zassało? 

- Prędki! Bo znowu pojedziemy bez ciebie – wycedziłem obojętnie. 

- Mamy jeszcze czas. Myślę… – odparł, mając w poważaniu, że zwróciłem mu uwagę, że w kolejną odcinku „Zaginionego” nie miałem zamiaru brać udziału. 

- To dobrze, że myślisz. Ale rób to tam, gdzie trzeba, czyli w szkole! – warknąłem, a ten rzucił mi ostre spojrzenie. 

No dalej cwaniaku! Pewnie nawet bić się nie potrafił, taki to chudzierlak. Sztangi nawet nie podniesie, no bo pamiętacie tę akcję na siłowni? Nikt się nie dowiedział ile Prędki by podniósł, bo Kruczek wrócił wkurzony i odwołał trening.

- A ty nie chcesz sobie na nartach czegoś napisać? – spytał. – Wiesz, żeby ci takiego kopa zasadziło!

Jak ja ci zasadzę kopa to się nie pozbierasz, Prędki! Czemu ty tak na mnie działasz? Chociaż chwila, moment. Zaraz będziemy jechać na treningi, potem konkurs, może była pora zaczarować narty? Chociaż ja tam w czary nie wierzyłem. Jak już, to Bogu należy dziękować, za życie, za udany lot i że się chodzi w jednym kawałku.

Tak się zamyśliłem, że nawet nie zauważyłem, co ten Marcin nabazgrał na tych swoich nartach. Rzucił mi tylko pisaka i chwycił swój zestaw, bezczelnie mnie zostawiając samego. A co tam, jak taki ze mnie kozak luzacki, bo kazali mi się wyluzować i nie brać wszystkiego na poważnie, to napiszę sobie to, co mi pasuje. Skupiony, zamaszystym ruchem wypisałem drukowanymi literami na swoich nartach moje nowe motto życiowe „Luz w dupie”. I niech się dzieje wola Nieba! Albo wygram, albo mnie wykopią.


[Grzesiek]

Tak wiem, że sam jestem sobie winien. Mogłem zostać murarzem. Murowałbym sobie domy w spokoju i tyle. Albo piekarzem. Rano bym wstał do pracy, ciasto wyrobił i upiekł, a obok chałupy postawiłbym sobie kiosk. Jakby dzieciaki podrosły, to by sprzedawały, a ja bym sobie leżał na piecu. Ale mi się zachciało trenerki, to mam za swoje. Że mnie to piorun nie trzasnął na miejscu, nim żem to CV do Łukasza wysłał. 

Szedłem sobie korytarzem na zebranie wieczorne zarządzone przez Kruczka pracoholika i tak sobie rozmyślałem, gdy nagle aż mnie uderzyła ta wszechobecna cisza. Niemożliwe! Wróciłem się z powrotem i przeszedłem jeszcze raz, ale nie ma głupiego, nic nie było słychać. Zupełnie nic! Mucha jakby leciała (a nie leciała, bo wszak mieliśmy zimę) to pewnie byłoby słychać. A skoro było taką ciszę słychać, to mogły być dwa powody: albo chłopaków nie było, albo spali. Zerknąłem na zegarek. Dziewiąta. Niemożliwe, że o tej porze chrapali wszyscy równo jak jeden mąż. Już ja taki głupi nie jestem! No chyba że coś kombinowali. A jeśli ich nie było o tej porze w pokojach, to kombinowali na bank. A ponieważ były powody do świętowania, to wszystko powoli mi się składało w całość. I tak źle, i tak niedobrze! Mało miałem problemów z Mariną na głowie? 

Ogarnięty złymi przeczuciami, zapukałem do pierwszych lepszych drzwi. Jeśli nie miałem sklerozy, to był pokój Kamila i Stefana. Puk, puk. Cisza. Nie było ich! Nie, nie, nie. Znowu coś wymyślą i będzie na mnie, Kruczek mi głowę urwie. Przeszedłem się przez korytarz i, jak pierwszy gestapo, zrobiłem nalot na wszystkie drzwi, ale zamknięte na trzy spusty, tylko pokój Pietera otwarty, jak zwykle, na oścież, ale pusty. Tego to kiedyś ukradną razem z futryną, a nie zauważy. Już miałem lecieć z alarmem do Łukasza, ale po drodze cymbałów znalazłem. Wyobrażacie sobie? Całe towarzystwo siedziało przy kanapie w holu, pochylone nad stołem. I cisza. Własnym oczom i uszom nie wierzyłem. Cisza jak makiem zasiał.

Stanąłem sobie zaskoczony przy kolumnie, żeby się napatrzeć na zapas, bo to ósmy cud świata niespotykany. Wszyscy wpatrzeni w ten stolik, jak w tablicę wyników. Pietrek siedział wciśnięty w fotel i wyglądał, jakby próbował nie oddychać. Kamil kucał na podłodze, a przez ramię zaglądał mu zwycięski Ziobro. Nawet Kubackiemu wyszła na czole zmarszczka, która wskazywała, że naprawdę intensywnie nad czymś myślał. A Kot trzymał nad stolikiem rękę w górze. Stefan i Prędki (znaczy się Marina w przebraniu Marcina oczywiście) przysunęli się do Kota i wpatrzeni jak w obraz, czekali na jego ruch, a Piotrek raz po raz rzucał im karcące spojrzenie, jakby sugerował, że oddychają niepotrzebnie.

Drodzy państwo, polscy skoczkowie grali w bierki! W wieczór po Jaśka zwycięstwie!

Bałem się ruszyć, by nie popsuć tej idealnej harmonii świata. A wtedy za moimi plecami pojawił się Łukasz Kruczek.

- Widzisz? Znalazłem na nich sposób – powiedział do mnie z dumą i ze śmiechem. – Cztery pięćdziesiąt, a dwa tygodnie spokoju!


--
Jeśli mam ponarzekać to tylko na sprawę z podkładem muzycznym, ponieważ chciałyśmy wrzucić piosenkę pani Okupnik, z której jest zaczerpnięty tytuł rozdziału (polecam się zaznajomić z tekstem!), ale jej nie było, więc musiałam z Arią szukać innego podkładu. Wszak są obiecane bierki, i Marcin, i Niunio! Mundial trwa, wakacje w toku i coraz bliżej do LGP w Wiśle :)
Megi

Wakacje się zaczęły, ale mamy nadzieję, że ciągle nas czytacie! Lubicie matematykę? :) A.


sobota, 14 czerwca 2014

14. Filip z konopii




[Marina]

Zapakowali nas w końcu wszystkich do busa i wywieźli na zawody. Ja się w sumie już przestałam dziwić, dlaczego ten mój Grzesiu to jest taki nerwowy. Ja przebywałam z tymi wariatami zaledwie kilka tygodni i już miałam dość, a on się przecież już męczył z nimi od dawna. Na jego miejscu to bym napisała jakiś wniosek o wcześniejszą emeryturę ze względu na trudne warunki psychiczne czy coś. W tym całym ZUSie to jest taki burdel, że może by mu przyznali? W każdym razie po pół godzinie wszystkich udało się zgarnąć i pojechaliśmy. W zawodach jest tyle fajnego, że każdy geniusz zajmuje się sobą i jest trochę spokoju. No, prawie.

- Olej to Prędki! Co się będziesz głupią majcą przejmował! – odezwał się Klemens już w samym progu i uśmiechnął się głupio. Zaraz się przysiadł jak mój najlepszy kolega i zaczął coś jeszcze do mnie gadać. I – jesteście tutaj świadkami – ja się naprawdę starałam go słuchać, ale moja wina, że zupełnie nie mogę złapać z nim wspólnego języka. Fuj! Żadnych języków z Klemensem! Ach ta moja wyobraźnia… Dobra! Niech się ten Marcin ugryzie w nos. Stwierdziłam, że idę.

- Sorry, chłopie, ale muszę za potrzebą – skłamałam gładko, uśmiechając się do niego porozumiewawczo i szybko wyszłam z szatni. Nie mógł się Marcin z takim Krzyśkiem kolegować? Minęłam Hulę, który też coś próbował powiedzieć, ale stwierdziłam, że się do niego nie odzywam i zamierzałam się tego trzymać. A co! Skoro z góry założył, że po tych zawodach go wywalą, to co sobie język będę strzępić nadaremno? Przeszłam się kawałek tam i powrotem, a wróciłam, gdy pora była akurat by iść. Już miałam wejść do szatni, gdy prawie mnie ktoś zabił drzwiami. Świetnie… Ciekawe, kto za mnie będzie udawał Marcina? Obróciłam się, by dostrzec, który taki mądry i aż westchnęłam. Ziobro. Poleciał taki wściekły, że nawet mnie nie zauważył. Kurde, powinien trochę wyluzować, bo jak nie, to jego wywalą, a nie Stefka. Klemensa upierdliwca na szczęście już nie było, więc wzięłam narty i poszłam sobie spokojnie na górę.

Siedziałam sobie na ławeczce, gdy przytrafiło mi się coś dziwnego. Chociaż może to nie dziwne, tylko grzeczność. Austriacka grzeczność nizinnych mieszkańców, która ma niewiele wspólnego z naszą kulturalnością polską. Spytacie zaraz czy chodzi o Austriaka, nie? Owszem! Pewnie spora część z Was zapyta na bezdechu czy chodzi o Schlierego. Ha, ha. Wiedziałam! Owszem był, gdzieś w kącie i niespecjalnie na niego zwracałam uwagę. On się na mnie gapił dyskretnie, ale już się przyzwyczaiłam, że którejś tam klepki to mu brakuje, więc czasami miewał różne, mniejsze lub większe, odchyły. Tym razem z oczu go straciłam, bo widok zasłonił mi ten nowy ceper, o którym wspominał mi Grzegorz. Stał uśmiechnięty i wystawił mi dłoń, by przybić piątkę. Od razu pomyślałam, żeby swoje pierwsze pieniądze przeznaczył na aparat ortodontyczny, no cóż. Wszak jedni stali w kolejce po talent, inni po urodę, a jeszcze inni po mózg. Tylko ja się pytam w jakiej on stał w kolejce?! Dumałam tak sobie, dziękując w duchu, że ja to mam bliźniaka, a on w takich sprawach jest pomocny, bo można wszystkie kolejki niepostrzeżenie obrócić i zgarnąć całą pulę. O nie! Chyba źle zinterpretował mój uśmiech, bo uśmiechnął się jeszcze szerzej, ukazując mi swój cały zgryz. Więc nic innego mnie nie pozostało, jak uczynić to samo i przybić mu piątkę. I pewnie nie uwierzycie, ale po chwili już rozmawialiśmy sobie w najlepsze, że jak się czujemy jako nowicjusze przy tych starych wyjadaczach. No i oczywiście był bardzo pozytywnie zaskoczony, że ja tak dobrze szwargocę. Bąknęłam pod nosem, że to zasługa mej siostry, bo mnie męczy niemieckim, gdyż się w Austrii uczy, a taka zdolna dziewczyna. No bo co? Trzeba wykorzystywać okazję do drobnego automarketingu, nie? Ale dopiero się zdziwiłam, jak ten się jeszcze szerzej uśmiechnął do mnie.

- Powiedz jej, że zuch dziewczyna! Pewnie będzie wiedziała o co chodzi. Powodzenia przy skokach! – rzucił mi na odchodne i tyle miałam z rozmowy z nim, bo już musiał iść.


[Sebastian]

Kolejne minuty mijały, a ja stałem sobie w z boku i uważnie obserwowałem lądujących zawodników. Jeden, drugi, trzeci i dziesiąty. Murańka, Kubacki i Żyła już poprawili swoje wyniki, więc czekałem w niecierpliwości na resztę naszych. Szczególnie Piotrek poszalał, pewnie się przesunie sporo do przodu. Tupałem sobie, żeby się rozgrzać, bo wierząc naiwnie w prognozy pogody, nie ubrałem się jakoś specjalnie ciepło. Nawet czapki nie miałem, a to był przecież dopiero początek drugiej serii. Pokiwałem głową zmartwiony, bo szykowało się, że tym razem to porządnie przemarznę, skoro już mi było zimno. Ale trudno. Najwyżej pójdę na chorobowe.

- Kurde, bylibyście cicho! – odwróciłem się tyłem i wrzasnąłem do współtowarzyszy, bo zupełnie już się słuchać ich nie dało. Co oni? Na targu są czy na skoczni? Nie uśmiechało mi się kwitnąć pod skocznią w takim rumorze. A ile razy można upominać? Dobrali mi współpracowników… Najpierw połowy wywiadu z Kubackim nie nagrali i musiałem go prosić, żeby drugi raz to samo gadał, a teraz im się wzięło na dyskusję nie wiadomo o czym. 

- Ale jaja!

- To Hula był?!

- To pohulał!

Zrobił się szum, publiczność zaczęła ryczeć, więc szybko obejrzałem się na skocznię. A to ci dopiero! Nasz Stefan tak pięknie poleciał!

- Zbierać się!!! – wrzasnąłem na kolegów, bo ci dalej stali jak wmurowani. – Łapiemy go!

Chwyciłem mikrofon i zerkając, czy kamerzysta i dźwiękowiec za mną idą, zacząłem się przeciskać między reporterami różnych telewizji i gazet. Cholera jasna! Nie zdążymy! Nie wiedziałem skąd się nagle wziął taki tłum, bo przecież seria finałowa dopiero się zaczęła i żadnych orłów jeszcze nie było na rozbiegu, tylko nasi. Znaleźliśmy się przy rozbiegu, ale guzik z pętelką. Już Stefana nie było! A ci dwaj stali zaskoczeni, jakby pierwszy dzień byli w pracy. Co ja jestem? Opiekunem stażystów? Czy ja im wszystko muszę mówić?

- Z kim ja pracuję?! – rzuciłem do towarzystwa wściekły. – No chyba pod szatnię idziemy!

- A konkurs? – zapytał nieśmiało ten młody w okularach. – Zaraz Prędki, a potem Stoch i Kot…

- Jak Hula tak pofrunął to pewnie coś się stanie i zaraz odwołają – zauważył ten drugi filozoficznie. – Zaliczą pierwszą serię. Na bank!

- Długo jeszcze będziemy dyskutować? Jak mówię, że idziemy to idziemy!

I poszliśmy. Przed domkiem stał Żyła uśmiechnięty od ucha do ucha i pomachał do mnie wesoło, ale z nim już wywiad nagraliśmy. Trzeba koniecznie znaleźć Stefka!

- Prędki też ładnie skoczył! – zawołał do nas Żyła. – Tak daleko jak ja! Ale kurde, Stefka nikt nie pobije!

- Gdzie on jest? – zapytałem chytrze.

- Tam!

Więc poszliśmy. Rozejrzałem się dookoła i był. Stali sobie razem z Prędkim i patrzyli na tablicę wyników. Młody zadowolony, ale co się dziwić, jak radzi sobie z dorosłymi całkiem nieźle. Ale gadać z nim nie lubiłem, bo zupełnie się nie potrafił zachować się przed kamerą. A tu stał obok Sefana, więc klops! Musiałem zaprosić ich obu.

- Możemy prosić o rozmowę? – zagadnąłem.

- Kamil teraz skacze! – burknął Prędki i dupą się do mnie obrócił, wpatrując się w telebim. Taki dzieciak, a myśli, że wszystkie rozumy pozjadał! No, ale nie było wyjścia. Musieliśmy poczekać. Stefan się zaśmiał, bo Kamil go wyprzedził. By to szlag! A tak chciałem nakręcić Hulę na prowadzeniu! Swoją drogą czemu spod tablicy dla lidera zwiał? Zaraz później skakał Maciek Kot, więc tylko oczami przewróciłem, bo się już nie mogłem doczekać. No, w końcu! Maciek skoczył z osiem metrów bliżej niż w pierwszej serii i spadł daleko, aż za Żyłę i Prędkiego. Ustawiłem kamerzystę i tego drugiego, ale na nic się zdały moje wzdychania. Czułem się ignorowany! Cóż, niech im będzie. Poczekamy do końca finału. Freund i Kasai skoczyli bliżej, więc mieliśmy dwóch Polaków na prowadzeniu. Prędki skakał, jakby to co najmniej on miał szansę na podium. A Hula stał jak wmurowany. Syknąłem dyskretnie na idiotę, bo zamiast kręcić to też się gapił na wyniki jak zaczarowany.

- Odwołają, na pewno odwołają… – jęczał dźwiękowiec, a ja myślałem, że mnie coś trafi. 

- Nieeeee…

Prędki aż podskoczył. Ammann rozdzielił Stocha i Hulę. A na rozbiegu został jeszcze Tepes i Morgi. Kamil miał miejsce na podium pewne, ale Huli szanse spadały. Zerknąłem na Stefana, ale jego twarz nie mówiła nic. Stał tak, jakby nie wierzył, że to jawa, a nie sen. Podeszła reszta kadry, więc zrobił się większy gwar.

- 127,5 m! – ktoś zawołał, a wszyscy aż wstrzymali oddech. Młody Tepes spadł aż za trzech Polaków. Z drugiego na piętnaste miejsce! Jeszcze jeden. Tylko Morgenstern. Zmierzyłem wzrokiem współpracowników, żeby nie śmiali nawet czegoś zawalić, bo taki konkurs, taka okazja! Austriak usiadł na belce, a wśród polskiej kadry nastała pełna napięcia cisza. Jedna sekunda i druga. Wyjście z progu… I niech to złapie cholera! Pierwszy! Nie będzie dwóch Polaków na podium! Kamil drugi, a Stefan czwarty!

- To możemy już prosić? – zaczepiłem Stefana, który stał dalej wielce zdziwiony.

- Teraz tak! – odezwał się Prędki. Co on? Bawił się w rzecznika prasowego czy adwokata? Wepchał się młody przed kamerę, więc nie było wyjścia. Będą na wizji obaj. Dałem znak, że zaczynami i przybrałem wyjściowy uśmiech.

- Jest przy mnie człowiek, który mógł dziś sprawić mega niespodziankę! Proszę Państwa, obok mnie stoi czwarty dziś Stefan Hula! – powiedziałem, a Prędki chrząknął z krzywym uśmiechem, więc zaraz dodałem, że jeszcze i Marcin Prędki, nizinny skoczek z samych Wierzchosławic! 

- Nie Wierzchosławice, a Wierzchosławce! – burknął niegrzecznie małolat. – Od wierzchu i od sławy. Sławy, a nie Sławic! 

Postanowiłem zignorować delikwenta. 

- Stefan! Czwarte miejsce, najgorsze dla sportowca – powiedziałem i podsunąłem mu mikrofon. Spojrzał na mnie, jakby dopiero się urodził.

- Eeeee… 

- Jest chyba żal – podpowiedziałem. 

- No nie! Kurczę! W szoku jestem! Bo nie myślałem… Czwarte miejsce! – westchnął uśmiechnięty, a Prędki rzucił mi dziwne spojrzenie. Czego on znowu chce?

- Naprawdę niewiele zabrakło i byłoby pięknie – ciągnąłem, nie zwracając uwagi na miny Prędkiego.

- Jest pięknie – zaśmiał się Hula, ale nie zdążyłem więcej o nic zapytać, bo wszyscy już biegi na ceremonię dekoracyjną, żeby bić brawo zwycięzcy i Kamilowi. Minuta nie minęła, a zostałem sam z moimi niekumatymi kolegami. Tylko Ziobro dalej siedział na schodach przed szatnią, więc zaraz do niego poszliśmy. Ten nie był w humorze, bo jako jedyny z naszych nie załapał się do drugiej serii.

- Taka niespodzianka – zacząłem mówić do skoczka. – Kto by się spodziewał? Myśleliśmy, że Stefana odeślą na Puchar Kontynentalny, a teraz mało nie wylądował na podium, no nie? 

Ziobro spojrzał na nas, ale pokazał, że nie ma ochoty na rozmowę przed kamerami.

- Janek! Więcej luzu! – uśmiechnąłem się pocieszająco i poklepałem go delikatnie po plecach.

- W dupie mam luz! – warknął i tyle go było. Zwiał.

No to sobie nakręciłem wywiad.


[Marina]

No i zebrała się cała komisja, żebym przypadkiem nie zapomniała, jaka była waga sytuacji. Faceci to zupełnie nie potrafią się wczuć w uczucia i niepokoje innych osób. Bo nie zauważyli, że teraz się będę dwa razy bardziej stresowała tego egzaminu on-line? Oczywiście, że nie! Więc zjawili się punktualnie o 19.00 wszyscy trzej trenerzy (z czego dwóch z własnej woli, a Grzegorz z przymusu, ale co? Niech ma i też cierpi!), fizjoterapeuta (jakbym miała mdleć chyba czy co), no i Stefan, który się uparł, że będzie mnie wspierać tak, jak ja jego. Od tego czwartego miejsca w konkursie, to chodził uśmiechnięty, jakby go zamienili na lepszy model. Serio! Dobrze, że w pokoju nie ma więcej miejsca, bo pewnie by przylazła reszta matołów, bo w końcu darmowe przedstawienie, nie? Prędki będzie zdawał matematykę. Swoją drogą, to powinni żałować, że wywalili ze sztabu tego Wódkę, bo by się nadał wyjątkowo. Coś mi się zdaje, że nie wolno przesłuchiwać nieletnich bez odpowiedniej opieki psychologicznej, nie?

Więc usiadłam posłusznie przed laptopem, modląc się w duchu, żebym pamiętała wszystko, co mi wtłoczył do umysłu Biegun. Ach, Krzyś! We Włoszech właśnie trwał konkurs, a ja przez to wszystko to ani nie mogłam śledzić wyników, ani trzymać kciuków. Obejrzałam się za siebie. Klimowski, Gębala i Sobczyk siedzieli sobie na Grzegorza wyrku, a Stefan rozgościł się na moim. Tylko Kruczek ślęczał nade mną, jakbym miała żywcem ściągać, czy co. Przełknęłam ślinę i zalogowałam się na Marcinowy Skype. 

- Ja myślę, że nie ma potrzeby, by cały sztab marnował czas! – spróbowałam ostatni raz. – Przecież ja wszystko umiem!

Ale jak się pewnie domyślacie, oczywiście się nie udało. Więc znalazłam tego nauczyciela od matmy upierdliwego i nacisnęłam zieloną słuchawkę. Nie był dostępny, ale pewnie się krył. W sumie nic dziwnego. Jakbym była takim belfrem przebrzydłym, to też bym się chowała przed światem. Raz, drugi, trzeci. Nie odbierał. Idealnie! O mogli by sobie już iść, nie? Zaliczę innym razem. Kwadrans minął, a majcarza nie było. Kruczek zmarszczył brwi i wyciągnął telefon. Skąd on ma numer do mojego (znaczy Marcinowego) nauczyciela od matmy? Inwigilacja bezprawna się szczerzy jak widać. Zero życia prywatnego w tej kadrze. Przełknęłam ślinę, bo skąd miałam wiedzieć, czego miałam się spodziewać? Rozmyślił się i mnie wywalą do domu? I będę Marcina nie na skoczni, a w szkole na lekcjach udawać? To wcale nie było śmieszne!

- Czyli wszystko zaliczył? – zapytał Kruczek niepewnie i ukradkiem spojrzał na mnie. Migiem zrobiłam poważną minę, mówiącą: „Możecie mi bić brawo!”. – Marcin? – zwrócił się tymczasem do mnie, odsuwając na chwilę telefon od ucha. – Czemu się nie chwaliłeś, że zaliczyłeś już materiał przed obiadem? 

- Bo taki jestem skromny! – ogłosiłam szybko.

Grzegorz jak na komendę zaczął się śmiać, a Kruczek nie był taki zadowolony. Dopytał jeszcze ze dwa razy o moje wyniki, upewnił się, że wszystkie jedynki poprawione i że nie zawalę szkoły przez występy sportowe. Pożegnał się z gościem, a później spojrzał na mnie. Zrobiłam minę niewinnego chłopięcia, czego Hula mi nie ułatwiał śmiejąc się za plecami trenera w żywe oczy. Potem Kruczek walnął mi krótkie kazanie, że to nieelegancko tak za jego plecami oceny poprawiać, jak on prosił, że chciałby przy zaliczeniu być. 

- No ale… – zaczęłam, ale urwałam, no zupełnie nie wiedziałam, co powiedzieć i jak się wytłumaczyć. 

A wtedy nagle… GRUCH, BUCH, żeby nie powiedzieć po prostu DUP! Wszyscy zwrócili oczy w stronę drzwi, a raczej w stronę podłogi. 

- Kurde, Musaf! Było się na klamce nie wspierać! – pieklił się Żyła. – Wszystko żeś zepsuł.

- Moja wina, że mnie Ziobro pchał! – bronił się Kubacki, który leżał jak długi na podłodze.

- Sam się pchałeś! – odgryzł się Jasiek inteligentnie.

- Bo prosto my się martwiliśmy! – zaczął się tłumaczyć Piotrek, bo widząc wzrok Kruczka nawet nie czekał na pytanie. Klimowski głośno westchnął, a Sobczyk się bezczelnie śmiał. Taki z niego mój obrońca.

- Kto się martwił, ten się martwił – uzupełnił Ziobro, a Żyła zdzielił go łokciem.

- Mówiłem, że Marcin wszystko zaliczy! – kontynuował Piotrek. – To fajny chłop!

- Kujon i tyle – wzruszył ramionami Jasiek. 

- Koniec! – przerwał im Kruczek. – Wszystko załatwione, więc idziemy! A panowie, to chyba mają co robić, nie? 

I wygonił całe towarzystwo, na koniec poszedł sam, a ja odetchnęłam z ulgą. Udało się! A Marcina to ukatrupić wypadało naprawdę, bo czemu mi nic nie powiedział? Prawie się wydało! Ja już naprawdę nie miałam do niego sił. Chwyciłam po telefon, ignorując minę Grzegorzową, ale nim zdążyłam wybrać numer kochanego braciszka, to przyszedł SMS. Srebro!!!


[Piotrek]

No, nie wiem, co powiedzieć. W sumie to znowu nam się udał konkurs. Ja żem tylko drugi krok zmaścił. Pierwszy elegancko, ale drugi, to żem się napalił jak fiks i dupa blada. Pozamiatane. Więc wyszedł konkurs, ale i nie wyszedł. Bo Jasiek, Mustaf i Klimuś to się nawet do drugiej serii nie załapali! Stefan ładnie, ale już nie tak elegancko jak wczoraj. Pewnie się tak napalił jak ja. Jak dziecko na małe zabaweczki. Coś nie zagrało. Stefciowi w pierwszej, a mnie w drugiej serii. No i tak. Ale Prędki pięknie! I Maciuś też ładnie – dziesiąty był. W drugiej serii daleko skoczył, ale w pierwszej mu zabrakło. No i tyle z tego, zawsze nam coś brakuje. Prędki jakby za pierwszym razem tak skoczył jak za drugim, to by chyba wygrał gładko, a tak to trzeci tylko. Tylko! Matoł ze mnie! 

Stałem sobie pod podium z Maciejem i komórką, bo żem stwierdził, że nagram młodemu na pamiątkę, a co! Pierwsze podium to zawsze jest wyjątkowe, nie? Pamiętam dobrze jak to było w Oslo. I taki był wstyd, bo jak debil żem stał w kasku. Teraz to se Prędki ubrał czapeczkę elegancką, ode mnie dostał, ale się nie bede tak przechwalał znowu. Aż mnie w środku ścisnęło, jak żem słyszał nasz hymn i nawet żem się przestał martwić, że mnie tak zagotowało. Dawno, żem takiego złego skoku nie skoczył, ale co. Bede wiedział na przyszłość, żeby spokojnie se skakać, a nie. Ale w sumie na dobre wyszło, że Prędki zajął moje miejsce. Będzie się chłopak cieszył i mu się należało po tym stresie z matematyką.

Rozdali kwiatki, pogratulowaliśmy wszystkim i już trzeba było się zbierać do samolotu. Prędki cały przejęty i tylko SMSy pisał całą drogą. I Stefan też był w sumie ucieszony, gadał se coś po cichu z Kamilem. Kurde, Kamil! Ja to jestem! Najważniejszego, żem nie powiedział, że przecież Kamil wygrał! Nawet kwalifikacje wygrał. A wcześniej przy śniadaniu graliśmy w bierki i kto wygrał? No zgadnijcie! Ten typ tak ma. Mówiłem już kiedyś, że skoki narciarskie to takie zawody, że pięćdziesięciu skacze, a na końcu i tak wygrywa Kamil Stoch. Jeszcze to zapamiętacie!


--
Wybaczcie za opóźnienie! Wklejamy i lecimy oglądać dalej mecz!

Kto kibicuje to kibicuje. Ja mam dzisiaj wyjątkowo wolne ;)
Ogólnie to trzeba Wam wyjaśnić, że na potrzeby opowiadania wymyśliłyśmy miejscowość. Wierzchosławice istnieją naprawdę i mają się dobrze w województwie małopolskim. Natomiast Wierzchosławce już nie! A stamtąd jest Prędki. Niemniej jednak mamy z Arią polewkę jak próbujemy sobie wyobrazić obcokrajowca próbującego wymówić taką nazwę. No i dla naszych potrzeb wspaniały Stefan Hula ma również piękną karierę.
Pozdrawiamy! Megi

Mecz się skończył, więc naskrobię coś i ja. Stefana w T-N nie było, a kto wie, jakby skakał jakby był! Więc się pobawimy trochę w "co by było gdyby" Hihi :P
Swoją drogą... wyobrażacie sobie chłopaków grających w bierki? Może w następnym odcinku będą grać? :D
AF

niedziela, 18 maja 2014

13. Serce ze szczerego złota




[Piotrek]

Tośmy są w domu! Znaczy nie, że w prawdziwym domu, bo żeśmy pojechali na konkurs do Titisee przecież, ale w domu, czyli że dobrze jest. Już treningi nam superowo poszły, ale żem nijak nie przypuszczał, że tak sobie elegancko poradzimy i w kwalifikacjach. Warunki to po prostu picuś-glancuś! Jak dawno nie było takich! A my? Wszyscy skakali jak malowani (no prawie wszyscy, ale nie bede tak chamsko krytykował co po niektórych kolegów), a Kamil wygrał. He, he. Jak to mówią – skoki narciarskie to taka dyscyplina, że pięćdziesięciu w konkursie skacze, a na koniec i tak wygrywa Kamil Stoch! Ale inni też dobrze skakali. Maciuś piąty, potem siódmy ja, a potem Mustaf i nasz Prędki. Sobczyk stał cały wyszczerzony z radości i nawet Łukasz pokiwał głową z uznaniem. W nagrodę możemy iść wieczorem do kina! Kubacki kręcił głową, bo będą przecież szwagrolić po szwabsku, no ale co im zrobisz? W końcu ich kino. 

- A co ty, Klimuś, taki? – zapytałem, gdy wszyscy już się szykowali do wyjazdu. Bo każdy jeden zadowolony i nawet Maciuś się uśmiechał, a ten nie.

- Jaki? – zapytał.

- No taki…

- Aaaa, bo tak mi się jakoś skakało… nijak – mruknął spode łba.

- Jak nijak?

- No tak…

- Acha…

To żeśmy se z Klimusiem pogadali… No, bo co on tak przeżywał? Przecież to tylko kwali było. Trza się było łapnąć do pięćdziesiątki, a jutro się bedziemy starać. A łapnął się? Łapnął! Więc dobrze było. Ja też nie całkiem ucieszony byłem z ostatniego skoku, bo jak nic można było lepiej. Trochę mi próg uciekł i trochę zabrałem pod siebie biodrem do przodu, no i potem tam brakło w końcówce szybkości, żeby odlecieć, no i tam się trochę męczyłem. Ale co? Przecież nie płaczę z tego powodu. Zawody jutro, to będziemy walczyć. Jak warunki będą dobre, to powinno polecieć. Ale to jutro. Jutro!

- Kurde, Maniek! – westchnąłem głośno, bo ten to nigdy nie pomyśli. Sam se siedział jak pierwsza księżniczka, a mi miejsca nie zajął. Trudno. Ulokowałem się koło Prędkiego.

- Umiesz już majcę? – szepnąłem konspiracyjnie, ale Kruczek i tak usłyszał i zaraz swój wścibski nos w naszą stronę odwrócił, nawet się nie kryjąc z tym, że podsłuchiwał. – Pewnie, że umiesz! Łebski z ciebie chłop! – zaraz sam dokończyłem, żeby trenera nie denerwować i klepnąłem Prędkiego w plecy, aż się zakrztusił.

- Dobrze, że Piotrek przypomniał! – odezwał się tymczasem Łukasz. – Marcin przecież do kina nie idzie!

- No, ale trenerze! – stanąłem natychmiast w jego obronie. – Jak to tak?

- Nie treneruj mi tu, Piotrek! Koniec i kropka. Nie idzie.

No i ładnie. Prędki spojrzał na mnie z mordem w oczach, a potem obrócił się bokiem i z zaciśniętymi ustami zaczął podziwiać widoki za oknem. To se Pieter nagrabił! Ja to się czasem powinien walnąć w ten głupi łeb wpierw, a potem się odzywać. 


[Marina]

Świetnie. Wszyscy sobie poszli, a ja zostałam sama, bo niby miałam się uczyć. Genialny Grzegorz zabrał się z tymi cymbałami, tłumacząc się, że nie chce mi przeszkadzać, ale ja go już trochę poznałam. Każda okazja dobra, żeby się trochę poobijać. Więc wszyscy poszli, oczywiście oprócz Kruczka, który zamknął się w pokoju i pracował. Biegun mi napisał, że dopiero wieczorem około siódmej będzie mógł zadzwonić, bo jeszcze nie wrócili ze skoczni, więc leżałam sobie na łóżku z nosem w książce, licząc na to, że mnie nagle olśni i zrozumiem wszystko sama przez się. No i pomstowałam na brata. A! Bo jeszcze Wam nie mówiłam, że baran dzwonił dziś do mnie z pretensjami, że jestem niemiła dla Klemensa, a przecież to jego przyjaciel! Miał łamaga szczęście, że odebrałam przez przypadek przy Kruczku, więc nie mogłam nic mu odpyskować, żeby się nie wydało. Ale ma chłopak tupet, nie? Ciekawe po kim taki wygadany. 

No więc tak sobie rozmyślałam, a wtedy ktoś zapukał do drzwi. Nawet ust nie zdążyłam otworzyć, a już moim oczom ukazał się łeb Stefana. A ten tu skąd?

- Po co pukasz, skoro i tak od razu włazisz? – zapytałam, ale wiadomo, że zupełnie retorycznie. Żaden z matołów nie był zaznajomiony z tym społecznym zwyczajem, więc Stefan i tak się plasował w czołówce kultury osobistej naszej kadry, bo przynajmniej sprawiał pozory kulturalności.

- Bo cię porywam! – wyjaśnił. Nie była to odpowiedź na moje pytanie, ale to był tylko facet. Im trzeba wybaczać takie rzeczy. – Powiedziałem, że się źle czuję i poszli beze mnie!

- Ale Kruczek… 

- Nie bój żaby! Wszystko załatwione! Za pięć minut czekam przy recepcji!

Pięć minut. Jasne! Żonę ma, a nie wie, ile zajmuje, żeby się wyszykować do wyjścia? Ale racja! Przecież jestem Marcinem. Marcin jest facetem i nie stroi się specjalnie. Chociaż ostatnio to już nie jest takie oczywiste, bo niektórzy koledzy z kadry to w łazience spędzają więcej czasu niż niejedna panienka na wydaniu… Ale poczochrałam trochę moją czuprynę, dopięłam bluzę pod szyję i zapięłam kurtkę, a później na paluszkach pobiegłam na umówione miejsce. Wolałam nie rzucać się w oczy Łukaszowi, chociaż niby Hula zapewniał, że trener wszystko wie. Ale jeszcze mnie mógł zacząć z tej matmy przepytywać, czy co. Wszystkiego się po nim można spodziewać. Lepiej losu nie kusić.

Po chwili już byłam przy recepcji, a tam ku mojemu zdziwieniu dostrzegłam nie tylko Stefka, ale i Kamila. No, jasne! Mogłam się domyślić… Mówię Wam z nimi to gorzej jak z przedszkolakami! Założę się, że oni to kiedyś nawet na randki z przyszłymi małżonkami chodzili wspólnie. Uśmiechnęłam się uprzejmie, ale jednak byłam trochę zawiedziona. Przy Huli mogłabym być chociaż przez chwilę sobą, a tak to znów trzeba było odgrywać Marcina. I taki to mój los…

- Gdzie byś chciała iść?

Ocknęłam się nagle, ale jeszcze dłuższą chwilę nie mogłam uwierzyć, że te słowa wypłynęły z Kamilowych ust. Ale może się przesłyszałam. Tak, tak! Na pewno.

- No co byś chciała zrobić? – odezwał się po raz drugi, szeroko się uśmiechając.

- Halo, ziemia do Mariny? – przywołał mnie Stefan i zastygłam w bezruchu, patrząc z przerażeniem to na Stocha, to na Hulę. Kamil przyglądał mi się uważnie, ale jakby z rozbawieniem.

- Powiedziałeś mu? – spytałam Stefana z nutą pretensji.

- Ja?! Nigdy! – zaprotestował natychmiast. – Sam się domyślił.

- Jak sam?!

- Sam.

- Sam?!

- No dobra. Po prostu nie zaprzeczyłem – powiedział Hula ciszej, a mnie zrobiło się aż gorąco ze złości. 

- Daj spokój, mała. Stefan chciał dobrze – bronił go Kamil i chyba dopiero jak wypowiedział te słowa, to się zorientował, że kumpla wkopał już całkowicie. – Znaczy… przypadkiem zupełnie!

- Przypadkiem?! Chciał dobrze przypadkiem! Jasne! – zawołałam trochę nazbyt ostro, bo Stefan zrobił minę niewinnego dziecięcia i uśmiechnął się przepraszająco. Kopciło się przecież na kilometr, tak oszukiwali.

- No tak! – odezwał się w końcu Hula. – Bo Kamil to spoko gość. A jak mnie wywalą z pierwszej drużyny, to kto się będzie tobą opiekował?

- Tobie Stefan to już zupełnie odbiło!!! – ryknęłam, nie przejmując się tym, że alejka przed hotelem, to jakby nie patrzeć, miejsce publiczne i nawet w takich Niemczech jakieś normy obowiązują.

- Przecież ja nic nikomu nie powiem – wtrącił się Kamil stanowczo, a z miny można było wywnioskować, że dziwił się, że śmiałam w to wątpić.

- Ja nie o tym! – wrzasnęłam, bo chwilę byłam zła za długi jęzor, ale cóż. Przecież się mogłam spodziewać, że Stefcio prędzej czy później Kamisiowi wypapla. Bardziej się wkurzyłam, słysząc te jego banialuki. – Kto zakłada, że go wywalą? Pewnie! Po co w ogóle skakać?! Może od razu się przepisz do FIS CUPu?! Może cię jeszcze przyjmą jak napiszesz podanie!

- Marina, ale sama wiesz, jak jest… – próbował się tłumaczyć Stefan.

- To się chłopie ogarnij, a nie!


[Stefan]

Nawet nie było tak źle. Bardziej się rozeźliła, że niby się szykuję do opuszczenia kadry bez walki, a przecież to nie była prawda. Po prostu lubię być przygotowanym na każdą sytuację. Jak powiedziałem Kamilowi, to mu szczęka opadła na ziemię tak, że pięć minut ją zbierał. Za nic nie chciał uwierzyć. Dopiero jak mu przypomniałem, jak się Prędki wiercił na siłowni i kombinował na wszystkie strony, jak się zachwycał zieloną herbatą i jak ledwo torbę potrafi udźwignąć, to zmarszczył brwi i w końcu dopuścił tę myśl do swojej mózgownicy. Potem chwilę mi zajęło przekonanie go, że to ma zostać tajemnicą.

- … się wstydził i już! – dotarło do mnie po chwili. No tak. Mała dalej pyskowała na całego. Dobrze, że w okolicy nie było nikogo, kto by usłyszał i zrozumiał.

- Czego niby wstydził? – zapytałem może nie całkiem inteligentnie.

- Baba od ciebie lepiej skacze! – pisnęła. Czasem to się zastanawiałem jak ona tak potrafi modulować swój cieniutki głos i brzmieć jak Marcin. – I ma więcej woli walki!

- O ty! – zawołałem i spojrzałem na nią groźnie. Dobra, nie śmiejcie się ze mnie, bo to ani trochę nie jest zabawne! Starałem się robić tak poważną minę, jak tylko umiałem. A Kamil stał i śmiał się. Niewdzięcznik nielojalny.

- Dobra. To trzeci raz pytam – odezwał się na tyle głośno, by nas przekrzyczeć. – Będziemy tu stać i się kłócić ze Stefkiem? Co byś chciała zrobić? 

I w końcu. Chwila ciszy. Smarkula usta zamknęła i zaczęła się zastanawiać.

- Eeeeeeee… Może ulepimy bałwana?

Nawet się nie obejrzałem, a już Kamil toczył wielką kulę, która miała robić za bałwanowy brzuch, Marina aż piszczała z radości, a mnie kazali szukać miotły i kamyków na oczy. Nim wróciłem, to bałwan miał już dwie kule i brakowało mu tylko łba. Marchewki nie było, więc nos miał dolepiony ze śniegu.

- Ty, popatrz się, Stefan! Jaki do ciebie podobny! – zaśmiał się Kamil.

Temu to od tego zwycięstwa w kwalifikacjach, coś za wesoło było. Zdecydowanie! Chwyciłem miotłę, którą chwilę wcześniej zwinąłem panu portierowi i uniosłem do góry, żeby się zamachnąć na tego żartownisia, a wtedy poczułem na sobie czyjś wzrok, więc zastygłem w bezruchu. Pięknie! Przed nami stał we własnej osobie Gregor Schlierenzauer i przyglądał się nam z głupim uśmiechem. Zerknąłem kątem oka na Kamila, bo Marina to już się zdążyła schować za bałwanem, a nasz kolega z Austrii się dalej patrzył, jakby nas pierwszy raz w życiu widział. Po chwili dołączył do niego ten nowy kolega zębaty, powiedzieli ze dwa zdania, co nie zrozumiałem i sobie poszli. No i świetnie. Teraz cała kadra Austrii pomyśli, że jesteśmy nienormalni. Dwóch najstarszych zawodników w kadrze lepi sobie w najlepsze bałwana przed hotelem! A jeszcze jeden w drugiego celuje miotłą jak w Harrym Potterze! Zamorduję kiedyś tę małolatę!

- Jaka odważna! – odezwałem się zaraz. – A Gregora zobaczyła i się boi!

- Ja się go nie boję, tylko nie lubię!

- O! A to czemu? – zapytał Kamil. 

- Bo on nie lubi Mariny – wyjaśniała smarkata, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie. – Aaa… To długa historia!

- Mamy czas! – zawołaliśmy równocześnie, więc dziewczyna uśmiechnęła się przekornie i po chwili dała się przekonać. 

- Bo ja chodzę do szkoły w Stams… – zaczęła.

- Tam, gdzie chodził Greg! – zauważyłem. – Ale przecież jesteś sporo młodsza! Nie mogłaś go tam spotkać!

- A mógłbyś mnie słuchać, a nie gadać? No. Więc po pierwsze, to mu podpadłam mówiąc prawdę! – zakomunikowała rezolutnie. – Był szkolny apel na zakończenie roku, więc go zaprosili, żeby nam wręczał dyplomy i świadectwa z paskiem. Dyrekcja go przez połowę apelu wychwalała, że taki to zdolny i mądry, że najlepszy na świecie skoczek. No to im powiedziałam, że chyba im się coś pomyliło albo mnie pamięć zawodzi, bo bym sobie rękę dała uciąć, że w Val di Fiemme, to wygrał Kamil Stoch…

Kamil z trudem powstrzymał śmiech i spojrzał na nią uważnie.

- No co? Nie prawda?

- Dostałaś szlaban? – zapytałem z ciekawości, ale w odpowiedzi zmierzyła mnie chłodnym wzrokiem.

- Zapadła cisza, a potem kontynuowano. Fajną miał minę ten cały Schlierenzauer, jak mi wręczał moje świadectwo – dodała zadowolona.

- To się nie dziwię, że cię nie lubi – przytaknąłem, ale mała nie zwróciła uwagi na moje słowa.

- A poza tym musiał sobie przypomnieć, że spotkaliśmy się już wcześniej – kontynuowała. – Zawsze na koniec sezonu zimowego jest wielka impreza. Takie pożegnanie zimy i przywitanie lata. Organizują zawody między różnymi szkołami sportowymi, większymi i mniejszymi, w tym tymi, które wychowały takie klejnoty, jak pan Gregor S. Więc oczywiście dyrekcja naspraszała jakiś alpejczyków, snowboardzistów, skoczków i kogo sobie tam jeszcze można było zamarzyć… – Marina mówiła szybko i nie szczędziła gestykulacji. Widać było, że miała frajdę, że nam to opowiadała. W końcu zmrużyła brwi i dodała ironicznie: – Nie mogło zabraknąć oczywiście pierwszej gwiazdy sportu! Bo jak? Rywalizowałam z taką Jasmine. Po przekroczeniu mety próbowałam hamować z całym sił byleby zaraz nie wjechać w bandę, bo tak byłam skupiona na rywalizacji z tamtą wariatką. W ostatniej chwili udało mi się gwałtownie zahamować, co niestety nie uchroniło gości specjalnych od zaspy śnieżnej, która obsypała ich od stóp do głów. Wszyscy za przeproszeniem wyglądali jak bałwany – Marina zaśmiała się pod nosem, bo wspomnienie to ciągle sprawiało jej wiele radości. – Najśmieszniejszy bałwan miał czapkę Red Bulla.

Tym razem roześmialiśmy się wszyscy. I tak nam szybko zleciał czas, aż Kamil zarządził, że wracamy, bo zaraz się zacznie kolacja. Spojrzałem na zegarek i westchnąłem, bo już trwała. Reszta towarzystwa na pewno już wróciła z kina. Ukradkiem przyjrzałem się Marinie i znów westchnąłem. Mieliśmy problem. Łukasz na pewno zauważył, że jej nie ma, a jej wygląd wyraźnie pokazywał, że nie siedziała w pokoju, zaczytując się w matematyce…


[Janek]

No to obejrzeliśmy sobie film, jak ta lala! Tak to jest, jak się ma idiotów za kolegów, a jeden mądrzejszy od drugiego. Podjechaliśmy pod kino, stanęliśmy w kolejce i już mieliśmy wypchnąć Kocura do kasy, żeby miał okazję się popisać swoją wybitną inteligencją domniemaną i zamówić bilety w tym pogańskim języku, jak się skapnęli nagle wszyscy, że to na jaki niby film? No i awantura na całego… Dwa razy było głosowanie – raz tajne, a raz jawne, ale każdy film dostał dokładnie jeden głos. Mnie już było naprawdę wszystko jedno, ale oczywiście żaden debil nie ustąpi i już. Więc staliśmy jak kołki w płocie przed budynkiem przez półtorej godziny, wykłócając się, że ten nie, a ten też nie. Pieter chciał już dzwonić do Łukasza i prosić o radę, ale się okazało, że zaraz kolacja i musimy wracać. I jak ma człowieka szlag jasny nie trafić na miejscu?

Przyjechaliśmy na miejsce, trzasnąłem drzwiami i poleciałem na stołówkę, jakby mi pióro ktoś wsadził w dupę, bo naprawdę miałem ich dość. Rozejrzałem się, ale nie było nigdzie Kamila. Mogłem się domyślić, że z baciarami to kumciu nie wskazane i zostać razem z nim w hotelu. Dosiadłem się więc do Czechów, bo sobie chwilę chciałem poprzebywać w towarzystwie o przynajmniej zadowalającym poziomie inteligencji.

- Gdzie jest Prędki?! – odezwał się nagle Kruczek. A co my jesteśmy? Niańki do bachorów? Za rączkę mieliśmy pilnować?

Klemens rozejrzał się z nieprzytomną miną jak zawsze, a potem wzruszył ramionami.

- Się uczy na pewno! – zaraz powiedział Pietrek, który się rozsiadł obok Noriakiego Kasai i śmiał się jak kretyn. Aż dziw, że tak daleko od Macieja, ale widać i on w końcu miał dość tego mądrali. Kto widział oglądać filmy przyrodnicze w kinie? Zerknąłem na Kota, a ten siedział z założonymi rękami obok Freunda. Ten to sobie potrafi znaleźć towarzystwo, nie ma co. Nieletnie fanki albo brzydale. 

Dopiero po chwili się złapałem na tym, że zapadła cisza. Cóż, inne kadry już przywykły, że różnych akcji w naszym wykonaniu, więc to milczenie było trochę podejrzane. Szczególnie, że nie pamiętałem ile trwało. Odwróciłem się w stronę drzwi i już wszystko zrozumiałem. W progu stał Prędki, przemoczony od uszu do nóg, a obok Hula i Stoch. Oczom nie wierzyłem! Od kiedy to Mistrz Świata z takim kurduplem kolegował? Mina Kruczka, a raczej pulsująca żyłka, która mu pulsowała u skroni mówiła jedno. Młody miał przechlapane. I na nic się zdały wszystkie tłumaczenia naszych starszych kolegów, którzy w naiwnej dobroci chcieli mu dupę uratować. Choćby z butów wyskoczył, to się smarkacz nie wykaraska. 


[Marina]

Przełknęłam ślinę, a później spojrzałam z wyrzutem na Stefka. Kamil coś tłumaczył Łukaszowi, ale dobrze wiedziałam, że tym razem wpadłam w kłopoty jak śliwka w kompot. Oczywiście zupełnie nie ze swojej winy i inicjatywy. Co gorsza, dalej nie kumałam tej matematyki ani za grosz, więc nie miałam absolutnie nic na swoją obronę. Westchnęłam cicho i wolałam się nie odzywać, bo wszystko mogło zostać wykorzystane przeciwko mnie.

- Ale Prędki dopiero po kolacji ma korepetycje! – przekonywał Hula. – Więc ma jeszcze czas!

Akurat. Kątem oka obczaiłam zegar i było już dawno po czasie. Nie zdziwiłabym się wcale, gdyby mnie Krzysiek pogonił, bo co on? Nie ma nic lepszego do roboty niż siedzieć przy kompie i sprawdzać, czy Prędki był łaskawy już przyjść?

- O której macie się uczyć? – zapytał Łukasz spokojniej.

- O dziewiątej! – powiedział Hula, nim zdążyłam się odezwać.

- To marsz do pokoju! Za 10 minut przyjdę i jak nauka nie będzie szła pełną parą, to słowo daję, że Sobczyk odwozi Prędkiego do domu!

Więc widzicie, że sprawa była poważna. Nie pozostało mi nic innego, jak lecieć do pokoju, modląc się po drodze, żeby Biegun mnie uratował. Żeby nie poszedł spać. Żeby nie poszedł imprezować w tych Włoszech. Żeby zechciał poświęcić mi swój wolny czas, mimo że go tak wystawiłam i dwie godziny na mnie czekał. I żeby mnie nie wydał przed Kruczkiem, że to wszystko się odbywało nieco inaczej… Aż mi samej ciężko uwierzyć, że się tak wkopałam. Głupia, głupia, głupia! Wyuczę się tego cholerstwa na blachę, a potem zabiję Marcina. 

Wpadłam do pokoju i zamknęłam drzwi. Pospiesznie włączyłam komputer, jednocześnie dzwoniąc na jego telefon. Trudno, najwyżej splajtuję! Wróć! Marcin mi wszystko w dwójnasób wróci.

- Cześć! Krzysiek, błagam cię wejdź zaraz na Skype i chociaż udawaj, że mnie uczysz, bo Kruczek mnie spakuje w walizkę i odeśle do domu! – wyrecytowałam na wydechu. – Będę ci stawiać pizzę do końca sezonu, tylko mnie, błagam, nie wydaj! 

- Żyjesz! – roześmiał się ten pogodnie, a mnie aż się żołądek obrócił wokoło. Była nadzieja dla Prędkiego! – Myślałem, że się rozmyśliłeś albo wszystko już umiesz!

- Ja przepraszam, bo ja przecież chcia.. łem, ale Stefan i…

- Dobra! Siadaj przed ekranem…

I rozłączył się. Serce mi biło jak szalone, ale udało się połączyć. Rozłożyłam pięknie wszystkie książki i zeszyty jakie miałam na biurku i na podłodze, a wtedy wyświetliło mi się napis: Krzysiek Biegun dzwoni. Klik w zieloną słuchawkę i na ekranie pojawiła się jego uśmiechnięta twarz. Tyle, co odetchnęłam z ulgą, a przyszedł Kruczek. Dokładnie po dziesięciu minutach. Ten to ma chyba wszczepiony jakiś czujnik lub radar, bo to chyba nie ma innego wytłumaczenia. Wziął sobie krzesło, postawił trzy metry za mną i usiadł. Wyobrażacie sobie? A pomyśleć, że swego czasu bym go z nawiązką zamieniła za mojego Sobczyka…

I tak przez godzinę Biegun wykładał mi teorię tych durnych funkcji, rozwiązywał ze mną testy metodą krok po kroczku i w zasadzie to nawet by mi to dobrze szło, gdyby nie to, że co innego robiłam, a o czym innym myślałam. Bo raz, że za plecami miałam Kruczka, który niby coś tam sobie czytał, ale był. A dwa, że Krzysiek miał taki ciepły głos, że ja bym wolała, żeby mi opowiadał o czym innym, a nie tych przeklętych wykresach!

- Rozumiesz? – usłyszałam po raz kolejny jego głos i spojrzałam w kamerkę, jakbym się nagle zbudziła.

- Chyba tak, bo x równa się 135, tak? – zapytałam i dostrzegam, że skoczek wertuje swoje kartki i kiwa głową. Odetchnęłam z ulgą. Jedyny plus, że na przyszły semestr będę umiała i jak błysnę na lekcji w Stams to majcarzowi szczęka opadnie do kostek, jak gacie bez paska.

- Dobra! – mruknął Kruczek. – Na dziś wystarczy. Obaj powinniście się wyspać. Jutro zawody, a wieczorem Marcin ma test.

Zamknął zeszyt, przyjrzał mi się uważnie z uniesionymi brwiami i poszedł. Ja odprowadziłam go oczami do drzwi, a potem znów upadłam na krzesło. 

- Dzięki! – jęknęłam. – Jestem twoim dłużnikiem.

- Nie ma sprawy! Wiesz, ja nawet lubię matmę, więc z chęcią pomogę! A ty jutro na pewno zdasz!

Kurka, też bym lubiła, jakby mnie częściej uczył taki Krzyś! Szybko przywołałam się jednak do porządku i uśmiechnęłam się przyjacielsko. Dokładnie tak, jak uśmiechnął by się do kumpla Marcin. DO KUMPLA. MARCIN. A wtedy mignęła mi lampka. Wpadł mi do głowy pewien pomysł, a może jakaś głupia myśl.

- Krzysiek… A może… – zaczęłam, ale zaraz skarciłam się w duchu. I tak mi przecież tyle pomógł zupełnie bezinteresownie, nie mogę mu zawracać głowy. – Nieważne. 

- No, Marcin! Mów!

Zerknęłam niepewnie na te jego błyszczące oczy i szczery uśmiech, a mój żołądek znów obrócił się wokoło. Tak to jest, jak się nie je kolacji. 

- Bo wiesz… Moja siostra, Marina, też ma problem z matmą. I tak pomyślałem, że mógłbyś, ale nie… – zaczęłam się jąkać, widząc jego uniesione brwi i kąciki ust, które układały się w taki uroczy uśmiech. – Nie, nie, nie! To głupi pomysł! Problem.. – wycofałam się szybko, pomstując nad swoją głupotą. Trzeba się było ugryźć w język i zjeść go na kolację, jak nic. Zaraz mi Krzysiek powie, że nieco nadużywam jego uprzejmości. Nieco stanowczo za dużo.

- Pewnie, że nie problem. Jak tylko dam radę… – uśmiechnął się nieśmiało. – Daj jej namiary do mnie, jutro się zdzwonimy i zobaczymy, co się da zrobić.

Pokiwałam głową jak głupia, ale co zrobić, zabrakło mi powietrza i pary w ustach. I dopiero po chwili alarm w głowie mi zawył. Jak jutro?! Jutro mam ten cholerny test online! Znaczy Marcin ma, cholera jasna!

- Krzysiek, ale może w poniedziałek, co? Jutro masz przecież zawody i myślę, że będziesz świętował! – powiedziałam, dziękując sobie w duchu, że mam trochę pomyślunku. – W poniedziałek Marina zadzwoni. 

Zgodził się. Zgodził. Zgodził. Zgodził. Będę się uczyć matematyki z Krzysiem Biegunem. I to ja, we własnej osobie! Od razu chwyciłam swoją książkę, żeby się pouczyć, aby nie wyjść na idiotkę. Może w końcu zrozumiem to całowanie. Pfu! Całkowanie! Może wy mi powiecie, co się ze mną dzieje? Co?


--
Jesteśmy! Jesteśmy! Przepraszamy, że tak długo i dziękujemy za cierpliwość. Taki czas, że prawdziwy świat obie nas mocno absorbuje i ciężko było posklejać ten rozdział. Podobnie na innych naszych blogach - ale wierzymy, że ten trudny czas wkrótce minie i będzie jak dawniej :)

Pewnie już wiecie, że zawiesiłam czasowo Złośliwca. Ale wrócę! Z nową energią. Kto nie czytał przygód Dejviego, zapraszam tu, bo jest dwadzieścia jeden rozdziałów ;)

Zapraszam też tutaj - na moje pierwsze i najdłuższe opowiadanie :) Pojawił się właśnie nowy rozdział!

Przestój ma też Megi u Alji, ale jak ją zmobilizujecie, to może w końcu opublikuje ;)

I ostatni link - obie z Megi polecamy zaprzyjaźnione opowiadanie Kory. Kliknijcie tu i przeczytajcie świetną historię (:

Dziękuję wszystkim za cierpliwość w oczekiwaniu, za wszystkie miłe słowa, wsparcie i komentarze. Nie możemy napisać, że kolejny kawałek będzie za tydzień czy za dwa, ale mamy nadzieję, że będziecie czekać.

Ślę pozdrowienia,
Aria Fresca 


I jest! Długo wyczekany, wyproszony i zniecierpliwiony rozdział dla Was :)
Z góry możemy tylko przeprosić i uprzedzamy z grzeczności Wasze pytania - nie wiemy kiedy następny rozdział zawita :( . Nie chcemy niczego pochopnie obiecywać! 
Nie przeciągając dłużej, życzę miłej lektury! :)
M.

P.S. Spostrzegawcze oko i dobra pamięć do wyników, pozwoli dostrzec pewną nieścisłość. Ale to nieścisłość wprowadzono celowo. Wszak zbliża się TCS :) A.F.