sobota, 11 kwietnia 2015

22. Pies, co zerwał się z łańcucha ciemną nocą




[Marina]

Teraz już mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że nienawidzę konferencji prasowych. W ogóle nie wiem, kto to wymyślił? Nie dość, że strata czasu, to jeszcze tylu nerwów. Jeśli kiedykolwiek zazdrościliście gwiazdom sportu występujących w blasku fleszy, to uwierzcie, że im to trzeba współczuć i podziwiać, jak oni to wszystko znoszą. Nie dość, że sala pełna była takich Szczęsnych Nieszczęsnych, co każdy miał mądrzejsze pytanie od drugiego, to jeszcze flesze oślepiały mnie tak, że już nic, absolutnie nic nie widziałam i tylko liczyłam sekundy kiedy się ta wątpliwa przyjemność skończy. Ale nie. Następne światłe pytanie. Jak na złość, produkowaliśmy się sami na zmianę z wielce wielmożnym Schlierenzauerem, bo zdobywca trzeciego miejsca, Morgi, jeszcze nie raczył się zjawić. Plus taki, że matoły nie znają angielskiego w tej Austrii za dobrze, więc gadaliśmy po niemiecku i wszyscy byli szczęśliwi. 

Usłyszałam gdzieś swoje (znaczy się brata mojego) imię, więc rozejrzałam się niepewnie, przestraszona, że przegapiłam pytanie. Dopiero po paru chwilach zorientowałam się, że jednak wywołali Grega do odpowiedzi. Aż odetchnęłam z ulgą. 

- Nie, wcale nie jestem zaskoczony, że Marcin wygrał – gadał sobie Schlieri, więc spojrzałam na niego zaskoczona czy on chory, czy co? To nawet ja byłam tak zdziwiona tym zwycięstwem na mamucie, że od dobrej godziny nie byłam w stanie domknąć ust, a ten twierdził, że się spodziewał! Ale się rozgadał! Powoli czułam, że się czerwienię od tych wszystkich pochwał skierowanych w moją stronę. Pięknie, Marcin mnie zabije, że się rumienię jak nieletnia panienka, a pierwsza gwiazda Austriacka chwaliła mnie dalej! I nawet go kopnąć nie mogłam, bo za daleko sobie usiadł! Wierciłam się już na tym krześle niecierpliwie, a wtedy dostrzegłam, że ktoś w austriackiej kurtce się przepychał między dziennikarzami, wpakował do ust cały wielki rogalik, popił colą, poprosił jakiegoś grubasa, żeby wrzucił pustą puszkę do kosza, a potem wlazł do nas na podest i usiadł po mojej drugiej stronie uśmiechając się promiennie. Zero kultury, panie Morgenstern. Przybycie jegomościa zrobiło takie zamieszanie, że nawet Gregora zatkało w pół zdania. Na szczęście! Konferansjer zapytał czy są jeszcze jakieś do nas pytania, ale wszyscy nagle tylko że Thomas i Thomas. Są? Nie ma? To dziękujemy!

- Czyli my już możemy iść! – to znowu się odezwał Schlierenzauer, a potem puścił mi oko. Nie czekając na nic, a szczególnie na to, aż się geniusze rozmyślą i im się zachce rozmawiać, wstałam, przecisnęłam się za krzesłem Morgiego i poszłam do wyjścia. Greg coś tam szepnął do kolegi, pewnie złośliwego, a potem zrównał się ze mną. Aż mi się nieswojo zrobiło, bo co on nagle zgrywa mojego kolegę? Wiele nie myśląc, przyspieszyłam kroku.

- Marina! – zawołał za mną ten buc.

Szlag! Szlag! Szlag! Odruchowo się obróciłam! Zatkało mnie na chwilę i wgapiałam się dobrą chwilę w jego wyszczerzoną twarz i oczy pełne triumfu. Rozejrzałam się z niepokojem, ale na szczęście-nieszczęście byliśmy sami… Myśl, Marina, myśl!

- Eeee… Gdzieś moja siostra tu jest? – wyburczałam niskim głosem, udając zdziwienie. I jeszcze raz się rozejrzałam. Dobra, byliśmy w Austrii. Mogłam przyjechać brata odwiedzić, nie? Tylko skąd ta cholera wie? A może wcale nie wie, tylko ma jakieś przywidzenia. Jak nic, trzeba iść w zaparte. – Nic nie mówiła, skubana! 

Tymczasem Schlieri zbliżył się w moją stronę aż za bardzo, czym już naprawdę przyprawiał mnie o mocniejsze bicie serca. Nie, nie, nie. Nie mógł się domyślić! A niech to gęś kopnie! Lucas! Ten dryblas ma serio za długi jęzor! Cofnęłam się parę kroków i ale czułam, że dalej już nie dam rady, bo miałam za sobą drewnianą ścianę hangaru. Niechże ktoś przyjdzie! Zwieję, a potem będę się zaklinać, że Gregor sobie wszystko ubzdurał i ma omamy wzrokowe. Na bank się uda. No bo sorry, ale co byście sobie pomyśleli, gdyby ktoś przyszedł i wam powiedział, że taki Prevc to nie Peter, tylko dziewczyna? O! Petra! Petra Prevc! Pomyślelibyście, że to prawda, czy że ten, co to mówi zwariował? 

- Nie rób ze mnie debila, Marinko – szepnął Schlieri, pochylając się w moją stronę.

O w mordę, jeża! Kiedy, jak, gdzie? 

- Moja siostra jest w Stams, nie jestem nią – skłamałam.

- Serio? – uniósł zaskoczony brew Austriak. – Tak się składa, że mój brat mi powiedział iż Marina musiała wziąć trzymiesięczne zwolnienie. Nikt poza nauczycielami nie zna powodu. Poza tym dziwnym zbiegiem okoliczności widziano cię w towarzystwie Kamila i Stefana w Innsbrucku w kawiarni pod Bergisel. W dodatku jak na brata, który nie mieszka w Stams za dobrze mówisz w moim akcencie. 

Pocieszałam się w myślach, że nikt mu nie uwierzy! Przecież zaraz stąd wyjeżdżamy! A w Polsce, na następnych konkursach, będą już sobie mogli robić jakieś badania genetyczne czy powołać jakąś komisję czy co, a będzie prawdziwy Marcin i zobaczymy, kto wyjdzie na debila! Już mu chciałam to wszystko przedstawić, ale zamarłam, bo on się znowu zbliżył, oparł dłonie o pusty hangar którejś z reprezentacji, a jego twarz była już na tyle blisko, że zaczęłam mieć poczucie jakiegoś zagrażającego mi niebezpieczeństwa.

- Chyba ci na głowę bije – drwiłam dalej, naśladując mego brata, gdy zatkało już mnie całkiem. Patrzył na mnie jakoś tak… dziwnie. Bardzo dziwnie. Tak dziwnie, że straciłam całkiem rozum i gapiłam się w te jego tęczówki jak zaczarowana. On wcale nie wyglądał groźnie, znikła gdzieś ta cała przemądrzałość. Byłam w takim szoku, że nawet się poruszyć nie mogłam, a on tknięty jakimś dziwnym impulsem nachylił się delikatnie w moją stronę i… o matko kochana! On mnie całował! Mnie! Chociaż mój pierwszy pocałunek wyobrażałam sobie zupełnie inaczej i z kim innym, to przestałam myśleć już całkiem i mało nie zemdlałam! Nie zdając sobie sprawy z niczego, chwyciłam go za szyję, żeby nie paść trupem, a on mnie chwycił w talii mocno, bo się zorientował, że ugięły się pode mną nogi. A że go nie odepchnęłam, ani nie dałam mu w gębę, to wielce zadowolony całował mnie dalej. Nie myślcie o mnie źle! Ciekawe co byście zrobiły, drogie panie, na moim miejscu? Pewnie teraz się nabijacie, że Gregory to, tamto, że gębę ma jak szczupak, fryzurę jak lizus, a charakter jak Cristiano Ronaldo, ale gdyby był tak blisko – mogę się założyć o całe miesięczne stypendium – ani jedna by nie uciekła zbyt prędko! Nie wiem ile czasu minęło! Ile może trwać taki zanik mózgu?

- Marcin?! – dotarły do moich uszu czyjeś krzyki.

Pięknie! Po prostu idealnie! Odepchnęłam z całej siły Gregora, który prawie upadł na ziemię, a potem przełknęłam ślinę, bo zobaczyłam szanownego kolegę Ziobro z gębą otwartą na oścież ze zdziwienia. No ale co się mu dziwić? Nie wiem ile razy ja otwierałam usta i zamykałam, ale zaczynałam się czuć jak ryba, której odebrano możliwość powietrza, znaczy się wody. Greg zwiał. Pewnie! Bohater się znalazł od siedmiu boleści! I co ja teraz mam zrobić?!

- Następnym razem obiję ci mordę jeśli się do mnie zbliżysz! – zawołałam jeszcze za nim przezornie, bo postanowiłam iść w zaparte. A może Ziobro nic nie widział? Bąknęłam coś do niego pod nosem, ale na bank nie usłyszał i w milczeniu poleciałam do samochodu, modląc się, żeby nikt więcej tej sytuacji nie widział. I żeby Jasiek nie rozpaplał. Im dłużej myślałam, tym bardziej byłam załamana. Przecież w tej plotkarskiej kadrze, nic się długo nie ukryje! Gorzej niż na babskim targu!


[Maciej]

Ja chyba zwariowałem. Jak Piotrek by usłyszał, co wymyśliłem, to pewnie by umarł ze śmiechu. Ale o dziwo wszystko się ładnie składa w całość. Prędki od zawsze się dziwnie zachowywał, a to by mogło wiele tłumaczyć! Kto by pomyślał… Tylko jak mam to sprawdzić? Bo przecież nie pójdę i nie powiem: „Słuchaj Prędki, bo mnie się zdaje, że ty…”. O, nie, nie, nie. Od razu wykluczyłem taką możliwość. Bez dowodów to z żadnym też nie mogłem pogadać, bo raz że nikt by mi pewnie nie uwierzył, a dwa – to jak miałbym wytłumaczyć skąd mam takie podejrzenia wobec kolegi, żeby się samemu nie skompromitować? 

No nic. Po długich rozmyślaniach, doszedłem do wniosku, że mogę tylko dalej obserwować i szukać ewentualnego potwierdzenia moich przypuszczeń. Jeśli to prawda, to aż strach pomyśleć, jaka będzie afera obyczajowa w polskiej kadrze! Miałem jeszcze chwilę do kolacji, więc zacząłem szukać w necie jakiś tropów czy wskazówek, a wtedy przyszedł Piotrek.

- Myślisz, że z naszym Prędkim… – zacząłem, w pośpiechu szukając odpowiednich słów. Odpowiednich, ale i takich, które by zawsze można było obrócić jak kota ogonem do przodu. – Że z naszym Prędkim to wszystko w porządku jest?

Żyła spojrzał na mnie jak na wariata. Czyli co? On nic nie zauważył?

- A nie?

- No właśnie się zastanawiam.

- Co ty, Maciuś? Nudzi ci się? Nie masz własnych problemów, że Prędkiego przeżywasz? 

- Nie, nic. Tak sobie tylko myślę – dodałem wymijająco. I po kiego grzyba się odzywałem? Piotrek już sobie o czymś przypomniał, bo stanął nade mną i zrobił minę dobrego wujka.

- Napisałeś do tej panny co ci mówiłem? 

No i mam za swoje!

- Której? – zapytałem, udając głupa. Już się nauczyłem, że to najskuteczniejsza linia samoobrony przed Pieterem.

- Nie napisał! – Piotrek rozłożył bezradnie ręce, uniósł oczy do góry i pokiwał głową z dezaprobatą. – Brawo! 


[Marina]

Przy kolacji wręcz czułam na sobie jego spojrzenie i w zasadzie miałam już tego dość. Czułam się jak bomba zegarowa. Żyła próbował rzucać jakimiś żartami, do mnie też zagadywali, ale nie miałam siły gadać. Panowie odwalcie się już ode mnie! Chcę myśleć jak baba, a nie jak facet, który musi się golić, beknąć i kłócić się czy był spalony dla Realu albo czy Barcelona ma cudownych piłkarzy. Tymczasem Ziobro, zajadając kanapkę patrzył na mnie i odwracał się do Gregora żartującego obok swoich kolegów. Łypnęłam na niego groźnie by przestał tak robić, a on tylko się uśmiechnął do mnie głupkowato.

- Wania, co się tak lampisz na Schlieriego? Chyba ci nie szkoda, że już nie jest liderem? – zapytał nagle Pietrek.

- Nieeee. Nawet to lepiej, tylko nie sądziłem, że on jest inny.

Zakrztusiłam się herbatą, na szczęście Stoch miał silną rękę, że aż prawie poczułam wszystkie gwiazdki przed oczami.

- Po prostu on jest..- zaczął Janek – a moja noga automatycznie pod stołem chciała wycelować w jego kolano, gdyby nie fakt, że wrzasnął nie kto inny jak Kot.

- Auć! Kto mnie kopie?!

- No to co ze Schlierim? – drążył Stoch, a ja wstałam, udając, że pojadłam i miałam się wybierać do pokoju, gdy usłyszałam jeszcze jak Jan powiedział:

- Schlieri chyba lubi naszego Prędkiego. 

No matoł! Normalny matoł! Wiedziałam, że udawanie brata skomplikuje sprawę, ale nie do tego stopnia!

- Trudno go nie lubić – odpowiedział szczerze Stefan – Też go lubię.

- I ja! – zadeklarował się natychmiast Piotrek.

Nie mam pojęcia jakby się to wszystko skończyło, gdyby w drzwiach nie pojawił się Kruczek. Ręce miał skrzyżowane na piersi, a na nasz widok tylko westchnął.

- Za 20 minut wyjazd, a ci siedzą na stołówce zadowoleni – powiedział twardo i zmierzył każdego po kolei spojrzeniem. – Na nikogo nie będziemy czekać – zaznaczył. Cymbały wszystkie się z miejsc zerwały i w trymiga polecieli do pokojów. Tylko ja nie leciałam jak głupia. Bo raz – już dawno byłam spakowana, a dwa, że dalej byłam w gigantycznym szoku. Myśl, Marina, myśl. Bo co będzie jak dowie się Krzysio?? W ogóle czemu ja nie kopnęłam tego Zgreda w czuły punkt, gdy tylko się odważył mnie dotknąć? Nie ma innego wytłumaczenia, że doznałam zaćmienia umysłu. Miejmy tylko nadzieję, że więcej się nie powtórzy, bo będę musiała sobie zrobić przeszczep mózgu, a nie wiem czy po takiej operacji, to by mi pozwolili skakać. Wróć! Przecież ja nie będę skakać! Marcin Prędki prawdziwy mnie zastąpi, a ja sobie wrócę do szkoły i będę się cieszyć świętym spokojem. 

Szłam sobie powoli do pokoju i byłam coraz bardziej przerażona. Przecież ten debil zaraz zacznie kłapać, że niby ja i Gregor… Wyobrażacie sobie ten skandal? Normalnie love story na miarę naszych czasów. Media mnie zjedzą. Brat mnie ukatrupi. Biegun przestanie się ze mną przyjaźnić. Nie ma bata, trzeba Ziobrze wybić takie pomysły ze łba! Zrobiłam krótkie rozeznanie pokoi i ruszyłam do tego, który zajmował Dawid i Jasiek. Na początku to mnie jeszcze chcieli z nimi zakwaterować! Wszystko dlatego, że Kot się wściekł i oficjalnie wywalił z pokoju Kubackiego, bo podobno stuka w nocy w klawiaturę i biedny Maciuś nie może spać. Ziobro wykłócał się o pokój z Kamilem, no ale przecież Kamil się już dawno umówił ze Stefanem, więc nie było dyskusji. Zostałam sama w recepcji i nie wiadomo jakby się skończyło, gdyby Grzesiek nie walnął przemądrzałej gadki, że niby Prędki taki nieogarnięty i lepiej mieć go na oku. No i tak w tym Kulm mieszkałam znowu z moim genialnym prywatnym trenerem. Największy plus i tak taki, że go nigdy nie było, więc miałam zupełnie święty spokój. 

Puk, puk, puk! Cisza. Łup, łup, łup!

- Prędki?! Pogięło cię? – Drzwi się otworzyły, ale nie te, do których pukałam, tylko sąsiednie, a w nich stanął Maciej Kot. I jakoś się dziwnie na mnie gapił.

- Jaśka szukam.

- Co ty się z Ziobrą teraz kumplujesz? – zapytał, marszcząc brwi. A co? Nie mogę?

- Nie twój interes – burknęłam mało grzecznie i ponownie zaczęłam dobijać się do drzwi.

- Idzie – poinformował mnie Maciej, więc rozejrzałam się i rzeczywiście. Zza rogu wyszedł Ziobro, wgapiony w swój telefon. Pięknie! Już wszystkim wypaplał? Aż mnie sparaliżowało. Więc dlatego Kocur się tak dziwnie na mnie patrzył? I pewnie do Krzyśka już dotarło! Tylko nie to! Jasiek tymczasem przylazł pod same drzwi i wbił we mnie zdziwiony wzrok.

- Czego? – rzucił tylko i przezornie zerknął na Macieja, który dalej stał w drzwiach. Co to? Kino darmowe? Przedstawienie? Łypnęłam na jednego i drugiego, a wtedy do jaśkowego łba chyba dotarło, bo otworzył drzwi i kazał mi wejść. Ciekawski Kot został na zewnątrz. 

- No czego? – powtórzył Jasiek.

Gorączkowo zaczęłam myśleć, czy jest jakieś inne wyjście lub wytłumaczenie. No ale nie było. Muszę barana wtajemniczyć.

- Bo wiesz… Muszę ci coś powiedzieć – jęknęłam. – Wtedy… z Gregorem…

- Twoja sprawa, stary – przerwał mi Jan. – Nikomu pod łóżko nie zaglądam.

- Jasiek! – zawołałam, zmuszając by na mnie spojrzał. – Mówiłeś komuś?

- Nie. Rób se co tam chcesz. Mnie w to nie mieszaj – powiedział jeszcze, wywalając na środek swoją torbę i dając mi sygnał, że teraz się będzie pakował. A wiadomo, facet nawet jak przesuwa krzesło, to nie może odpowiedzieć na proste pytanie, a co dopiero gdy musi się skupić na składaniu ubrań. Musiałam się spieszyć. Upewniłam się, że drzwi są zamknięte, bo nie potrzebna mi była większa widownia, a później podeszłam do lustra. Po chwili zaczęłam majstrować przy peruce, żeby ją odkleić, a Ziobro dalej nie miał pojęcia co kombinuję i chyba trapił się coraz bardziej. Ale wprawę miałam, więc minuta osiem i byłam gotowa ją zdjęć. Raz, dwa, trzy i już potrząsałam swoją własną czupryną. Zerknęłam jeszcze raz w lustro i zerwałam brwi. No jest, proszę Państwa, Marina Prędka we własnej osobie. Jaśka to chyba na amen zatkało, bo gębę otwarł i gapił się na mnie szeroko otwartymi oczami, jakby zobaczył ducha. No nic, trzeba mu dać z minutę, żeby ochłonął. Uśmiechnęłam się jeszcze dziewczęco, a on stał dalej, jak stał. 

- He, he, he, he, he, he!

Nagle zaczął się śmiać i rechotał dobre pięć minut. 

- Czyli Prędki to zwykła baba – rzucił, gdy się trochę uspokoił, a potem znowu się zapowietrzył ze śmiechu. – Ale jaja! Chłopaki padną, jak się dowiedzą!

- Ani się waż! – zawołałam. – Słuchaj Jasiek, musiałam ci powiedzieć, bo nie miałam wyjścia! Ale gęba na kłódkę, bo to tajemnica! Czaisz?

- To tylko ja znam prawdę? – zapytał konspiracyjnie i był taki z tego dumny, że aż żal mi się zrobiło mówić jak jest. Niech ma trochę radości.

- Tylko ty – przytaknęłam. – I tak ma zostać, ok?

- Masz to pewne, jak meble Ziobro – wyszczerzył zęby. – Kurde, nic dziwnego, że ten Prędki to taki łamaga. Ha, ha. 

- Mimo to Marina przebrana za Marcina skacze dalej niż ty – przypomniałam.

- Ale żeby się całować z Gregorem? – zagadnął, ale minę miał jakby zeżarł kostkę od kibla albo co. Że też mi musiał o tym przypomnieć!

- To wcale nie było tak! – oburzyłam się, ale zaraz na samo wspomnienie zrobiło mi się strasznie smutno i głupio. A najbardziej jak sobie przypomniałam Krzysia. – Ja… Ja wcale nie chciałam! To wszystko on!

No dobra, może nie do końca tak było, ale w sumie to prawda. Bo nie chciałam! Przecież to też burak ze szczotką na głowie mnie zaczarował czy co, a ja zbyt późno się zorientowałam, żeby dać mu w pysk. Przecież ja nie znoszę tego paskudy od siedmiu boleści, uzależnionego od świńskich napojów energetycznych i robienia sobie selfi. No sami powiedzcie, czy gdybym była o zdrowych zmysłach, to bym go z własnej winy... pfu... własnej woli pocałowała? Nigdy! A jak ktoś się dowie? Jak Biegun się dowie? No ja mam dość! Usiadłam sobie na łóżku, schowałam ręce w dłoniach i się po prostu rozryczałam.

- Nie chciałam, nooo. Buuuuuuu…

- No ja mu dam! – powiedział Ziobro bardziej do siebie niż do mnie. A potem długo nie myślał, bo dwie sekundy nie minęły, a już go nie było. Poleciał gdzieś! I aż się wolałam nie zastanawiać gdzie i po co! Westchnęłam jeszcze, wzięłam perukę i szybko zmyłam się do pokoju, bo jeszcze brakowało, żeby przylazł Kubacki czy ktoś. I tak już wystarczająco dużo awantur jak na jeden dzień.


--
Hej ho! 
Jesteśmy. Sto lat spóźnienia, ale co zrobić? Sezon się skończył, a my dopiero się trochę odkopałyśmy z całej roboty i udało się napisać. Jesteście tutaj, choć za oknem już wiosna?
Aria

P.S. Tych, którzy jeszcze nie byli, zapraszam na nowy rozdział tutaj.

Hej, ha! 
Fakt, sezon się skończył, a my w pocie czoła wyczarowałyśmy metodą malutkich kroczków kolejny rozdział. 
Wiosna za pasem, ale czy ktoś tu jeszcze jest z nami? :)

P.S Chciałabym przypomnieć, że powróciłam z kolejnym rozdziałem tutaj.
Megi

Nie trudno się domyślić, że następne rozdziały to będą już w Wiśle i Zakopanem. A co się działo w Zakopanem? Trzeba będzie wybrać piątkę na Soczi. Kruczek już teraz ma urwanie głowy, więc proponujemy, żebyście mu pomogli. 

A więc małe pytanko:
KTO POWINIEN JECHAĆ DO SOCZI? Przypominamy, że można wybrać tylko PIĘCIU skoczków.
Z niecierpliwością czekamy na Wasze propozycje :D

Megi & Aria




czwartek, 5 lutego 2015

21. Zaczarowana bajka bez końca




[Piotrek]

Tośmy w domu po tym turniejowym maratonie. Ja co prawda świetnie nie wypadłem, ale co zrobisz? Nic nie zrobisz. Skały nie zjesz. Za to Hula poszalał, żeby nie powiedzieć pohulał! Honor nasz uratował i był pierwszy przed tym wielbicielem prosiaków. No bo wybaczcie, ale żeby dorosły chłop całował się z pluszową świnią na podium? No koniec świata! Ale ja przecież nie o tym! Kamilowi powoli forma wzrasta, Dejvi wygrał kwalifikacje i raz nawet stał na podium, a nasz najmłodszy, znaczy się najmłodsza w przebraniu męskim dziewczyna, ocierała się blisko trójki. Nie jest źle! Jest dobrze! Swoją drogą to trzeba być nieźle głupią by udawać nas, znaczy facetów i jeszcze skakać. A ona skacze jak my, co już samo przez to wydaje mi się niemożliwe! No bo jakim cudem ona to robi? Technikę to ma skubana superową! A ja tyle czasu nic nie zauważyłem. Pewny byłem, że Marcin facetem jest! No może tylko czasem zachowuje się jak kaleka życiowa.

- Piotrek zejdź na ziemię! – usłyszałem zniecierpliwiony głoś Justysi. Obejrzałem się w jej stronę, a wtedy ujrzałem zniecierpliwione spojrzenie. – Trzeci raz cię proszę, zajmiesz się jutro dziećmi? Potrzebuję wyjść do fryzjera.

- Ale nie obetniesz się na chłopaka? – spytałem i ujrzałem jej zdziwione spojrzenie. Bo co jak co, ale Justynka moja ma bardzo ładne, cienkie, ale długie włosy i za żadne skarby nie zgodziłbym się, by mi je ścinała na krótko.

- Nie, raczej nie – odpowiedziała mi niepewnie moja luba, a po chwili się obróciła marszcząc brew. – Sugerujesz mi, że lepiej by mi było w krótkich?

- Nie, broń Boże! Tylko mi nie udawaj chłopa, bo za nic ci to nie wyjdzie!

- Piotrek, czy ty się dobrze czujesz? Ja i chłopak? Prędzej, bym zwariowała, jakbym miała udawać chłopaka.

- Taaaaaak? – spytałem zdziwiony, no bo Marcin znaczy się tfu… Prędka, którego imienia... no kurde nie pamiętam... ale nie wyglądała na taką, co by miała zwariować. Co najwyżej czasami miała dość naszych wygłupów. Spoglądałem na moją niewiastę kochaną i tak zastanawiałem się przez chwilę, co jej kobiecie czy takiej koleżance w kadrze, po głowie chodziło.

- Justysia, a myślałaś kiedyś, żeby choć jeden dzień spędzić jako chłopak w przebraniu i jechać na zawody z kolegami w siatkówce?

No bo wiecie, ja i Justysia jak byliśmy parą zakochańców była siatkarką, niestety klub jej rozwiązali, bo dziewczyny miały mniejsze sukcesy niż jej koledzy i tak mi się właśnie nasunęła myśl, by zapytać i sprawdzić. Tymczasem Justyna podeszłą do mnie i przyłożyła rękę do czoła. Z pewnością sprawdzała w swojej nieprzeniknionej trosce czy nie mam gorączki. Widzicie. To się nazywa małżeńska troska. Wstała i wyszła do kuchni, kręcąc tylko głową…

Kurde, ale wstyd. Pogratuluj se Pieter, mądrości jak nic. Skleroza nie boli, a starość nie radość. Taka tajemnica, że sam żem imię zapomniał. Chwyciłem laptopa i wpisałem w wyszukiwarkę Prędki i Prędka. Trochę mi zajęło, by poszperać w historii. Maniek by się przydał, no ale przecież nie mogłem mu bez pozwolenia powiedzieć. Otóż znalazłem bliźniaki dziewięcioletnie razem na podium kilka lat do tyłu. A więc Marcin miał siostrę, bliźniaczkę. Która skakała i przerzuciła się na deskę. O! Uczy się w Stams! Zdolna dziewucha, tylko imię… szukam jej imienia i widzę, że na M. Rodzice żałowali innych imion czy bali się, że zapomną, które jest które? Marcin i Ma…Matylda? Nie. O, mam! Marina. Marina Prędka utalentowana dziewczyna w sporcie alpejskim. Skoki i deska. Trzeba być naprawdę rąbniętym, żeby z nami skakać. Chociaż skoro jej dobrze z nami! Nabija nam punktów i chyba to się liczy, nie?


[Marcin]

Sobczyk to jednak ma swoje znajomości. Naprawdę spore znajomości, ponieważ rehabilitacja fizyczna prawie dobiegała końca. I w żadnych kolejkach nie stałem! Wszak sam nie mogłem się już doczekać aż będę mógł powrócić na właściwe miejsce. Brakowało mi tego poczucia wolności w powietrzu, brakowało mi dopingu kibiców, brakowało mi nawet upierdliwych technicznych uwag Sobczyka. 

W każdym razie szykowałem się potajemnie do oddania mojego pierwszego skoku na Wielkiej Krokwi, podczas gdy moja siostra reprezentowała mnie na Turnieju Czterech Skoczni. To nic, że brakowało jej na podium. Zawsze była tuż obok, a to spore osiągnięcie jak na nią. Miałem prawo być dumny! Moja siostra! 

Przyszliśmy z trenerem Kazkiem na skocznię mega wcześnie rano, żeby nikogo nie było i przyszedł czas, żeby próbować! Grzesio Sobczyk był już w drodze do Bad-Mitterndorf z całą ekipą i tylko czekał pewnie na sygnał od nas jak poszło. Siadłem na belce, sprawdziłem wiązania, kombinezon do mnie całkiem dobrze przylegał. Znaczy się, że nie przytyłem siedząc na tyłku. Poprawiłem gogle, a gdy dostrzegłem pozytywny sygnał z gniazda trenerskiego, puściłem się z belki. Pomimo długiej przerwy o skakaniu nie zapomina się ot tak z dnia na dzień. Wybiłem się mocno i wspaniały powiew wiatru muskał moje policzki, zimny wiatr wysuszał, co prawda moją jamę ustną, ale adrenalina i pozytywne emocje zrobiły swoje. Skok co prawda nie był z rekordem, ani nawet do najlepszych też nie należał. Daleko mi było do 130 metrów, raptem marne 102! Ale zawsze! Na początku byłem szczęśliwy, że w ogóle skaczę, ale gdy zacząłem wychodzić na górę po raz drugi to się trochę zacząłem martwić. Bo wyobraźcie sobie zestawienie skoków moich a siostry. Przegrałbym z kretesem! Marcin, bierz dupę w troki, powiedziałem sobie! W przeciągu dwóch godzin oddałem z dziesięć skoków z czego może dwa były bliskie dalekich lotów. Zacisnąłem tylko zęby patrząc na pocieszającą minę Kazia, ponieważ miałem jeszcze półtora tygodnia czasu i będzie Zakopane! Wiedziałem, że jeśli chciałem odzyskać miejsce, które okupowane było w zastępstwie przez moją siostrę bliźniaczkę to muszę trochę nadgonić z formą. Przecież tutaj wszystko ma się skończyć. Marina wróci do Stams, a ja na swoje miejsce w pierwszej kadrze i wszystko będzie po staremu. 


[Marina]

Gdy siedziałam sobie w poczekalni przed pierwszym skokiem, to jeszcze nawet nie przeczuwałam, na jaki zawał mój własny brat mnie skazał. A teraz było jeszcze gorzej, bo po próbnym już wiedziałam. Szczęśliwy Krzysio, że został w Polsce. Bo nie mówiłam! Zamienili Bieguna na Ziobrę!!! Podobno taki był plan treningowy rozpisany na Mistrzostwa Świata Juniorów, Maciusiak się uparł, że na mamuta nie można i już. Mnie też chciał zostawić, ale Grzesiek grzecznie przypomniał, że on jest moim opiekunem i wara ode mnie. Raz nie mógł odpuścić! Trenowałabym sobie z Biegunem w spokoju, ale nie. Lepiej mnie wykończyć psychicznie i na miejscu zabić. 

Szykował się kolejny skoczek, jakiś Norweg, którego imienia i nazwiska nie pamiętałam, a ja tylko patrzyłam ze strachem w dół. Boże, zlituj się nad moją dusza, głupotą i arogancją mego brata. Bo kiedy go dorwę, to za jajka powieszę, jeśli ja, no… przeżyję. Z drugiej strony nie ukrywam, że od początku byłam zaciekawiona, jak to jest skoczyć z mamuciej skoczni, no ale mamusiu, ten rozbieg przyprawiał mnie o gęsią skórkę. I masz ci babo placek, siadaj na belce, bo przecież moja kolej była.

Wszyscy na mnie patrzyli i pewnie nawet mój durny kretyn przed telewizorem. Mam nadzieję, że zaciskał kciuki i modlił się, bym się nie połamała. Ba, żebym moim karkiem o bulę nie wydupiła, bo marny mój żywot.

- Zamorduję cię! – syczałam w myślach, podczas gdy kamery pokazywały mnie jako Marcina Prędkiego, w rzeczywistości na belce siedziała Marina Prędka, pierwsza i jedyna z dziewczyn, pośród kilkudziesięciu facetów. Jedyny minus był taki, że miałam wrażenie, że krew odpływała mi z twarzy, a serce biło mi już w przełyku, bowiem zobaczyłam, że Kruczek do mnie machał i wiedziałam, że muszę się odepchnąć od belki.

Zaczęłam się zastanawiać, czy byłam ostatnio miła dla Krzysia i czy będzie mi dane wyznać mu kiedyś prawdę… No tak mi przeszło przez myśl, gdy zaczęłam się rozpędzać po cholernie długim rozbiegu, rozpędzając się niesamowicie. To wcale nie jest zabawne! No, ale byle tylko dojechać do końca rozbiegu i z całych sił się odbić, a potem szczęśliwie lecieć i wylądować telemarkiem! Tylko, broń Boże, nie na cmentarzu!

Tymczasem poczułam mocny wiatr pod nartami, trochę mną zachwiało, a ja pomogłam sobie rękami by trochę podłapać odległość i już się modliłam o szczęśliwe lądowanie, a tu kolejny podmuch i ja dalej lecę, i lecę, i lecę, i lecę, i lecę i cholera no chyba wyląduję po drugiej stronie ulicy pod piękny kryształowy marmur z napisem „Tutaj skoczyła Marina, kobieca skoczniki”. Bo przy sekcji zwłok, to chyba by zauważyli. No wiatr, weźże się uspokój, bo za chwilę serio sobie kark skręcę!

A tutaj dzika wrzawa do mnie dotarła i poczułam tylko, jak z impetem spadłam nartami na ubitą ziemię. Odruchowo już zakończyłam z telemarkiem. I bez przewrotki, mimo że nogi miałam jak z waty! Serio!

Podjechałam pod bandę i zobaczyłam, że Polacy szaleją, kamera prawie mi pod nos patrzyła, a ja nie bardzo wiedziałam, co mam robić. Zwymiotować z wrażenia czy udawać z głupim uśmiechem, że sama jestem w szoku? Znaczy się sam, bo przecież gram brata. No nic, pokazałam kciuki, że zadowolony jestem, jak to mój brat ma w zwyczaju się cieszyć. Nagle poczułam, że ktoś mi łeb urwał.

- Ty! Prowadzisz! – wydarł mi się Pieter do ucha, a ja sądziłam, że miałam już tylko jedno ucho, a drugie mi pękło. Z drugiej strony klepał mnie mocniej Skrobot i serio jeszcze chwilę, a łopatka wyskoczyłaby mi przez obojczyk!

Odpięłam narty i na miękkich nogach poszłam z tymi wariatami na miejsce dla lidera. Pieter dalej się darł, że rekord Polski prawie pobiłam i konspiracyjnie mi szeptał do ucha, że nic dziwnego, że tak daleko poleciałam, jak wietrzysko to takim chucherkom jak ja, zawsze pomaga. Spojrzałam tylko na Wiewióra, bo doskonale wiedziałam, o co mu chodzi! Ale ja bym się tak na jego miejscu nie cieszyła, gdyby mój rekord to prawie pobiła dziewczyna. I to niepełnoletnia! Kiwnęłam głową niby w podziękowaniu, bo przez gardło ani słowa nie mogłam wydusić.

Stałam sobie i rozmyślałam. Bo co mi z tego, że skoczyłam ze 240 metrów, jak wylezie taki Gregor Schlierenzauer i tak mnie pobije? Albo Hula! Prosiak nie, bo Prosiaka na mamuta nie zabrali. Westchnęłam, ale nie mogłam za bardzo się rozklejać, bo musiałam dalej grać, że jestem Marcinem. Więc machałam dłonią jak głupia do kamery, że duma mnie rozpiera, że prowadzę na takiej wielkiej skoczni. Tymczasem ja poważnie zaczynałam szukać miejsca, gdzie mogłabym zwymiotować z wrażenia. Bo jeśli myślicie, że ja tam drugi raz wylezę i zrobię to samo, to chyba jesteście w błędzie! Chyba zacznę symulować, że biegunkę dostałam. Znaczy się dostałem. Albo skłamię, że kolano boli. O! Trudno, doszłam do wniosku, że przegram walkowerem, ale trudno. Lepiej to, niż igrać ze swoim życiem i nigdy więcej nie porozmawiać z Krzysiem. Dobrze, że FIS jeszcze nie wpadł na pomysł, żeby dziewczyny na mamutach latały, bo to nie do przeżycia jest. Zaczęłam się już nawet modlić o wiatr jeszcze gorszy, niech pokrzyżuje nam plany, skończyłoby się tylko na pierwszej połowie i jakiś parę punktów bym uciułała bratu. Albo i więcej. Ale chyba i natura miała mnie serdecznie gdzieś, bo się nie zlitowała. Żyła z Kotem patrzyli na mnie z uśmiechem, Stefan z Kubackim tańczyli z radości, jakby to oni skoczyli owe 240 metrów, a Kamyk był zadowolony, że uplasowawszy się o dwa miejsca za moimi plecami i on może walczyć o podium. Uśmiechał się po przyjacielsku, dając do zrozumienia, że nie zamierza ze mną się bić jak na ringu. Od tego cieszenia się bolały mnie policzki. A wtedy Stefan nagle podał mi mały termos rozgrzewający. Ten to kochany! Zawsze o mnie pomyśli!

- Świetny skok Marcinie, trzymaj herbatę – powiedział Hula, a ja już chciałam go chwycić, ale nie zdążyłam. Kot mi go zabrał, uśmiechając się łobuzersko i żłopiąc na oczach świata moją prywatną herbatę od Stefana!!!

- Nie rozpieszczasz go, Stefek? Nigdy nie dorośnie! – zaśmiał się, pokazując mi język.

- Może byś mi oddał moją herbatę? – starałam się mówić w miarę męskim głosem, robiąc groźne spojrzenie na Maćka. Pewnie! Teraz kozakuje, zazdrośnik jeden!

- Przecież, zaraz będziesz szedł do poczekalni, bo runda finałowa. Jeszcze ci się zachce do kibelka!

- Jeeeest! – wrzasnął Pieter. – Marcin, prowadzisz! Słuchaj stary! Ty masz wygrać ten konkurs!

- No właśnie! Ty Prędki teraz uważaj! Masz wydrzeć koszulkę lidera w klasyfikacji lotów od Gregora! Dość jego dominacji! – rzucił buńczucznie Kubacki.

- Musisz być nowym liderem! – zawtórował mu ni stąd, ni zowąd Ziobro, a ja spoglądałam na nich jak na wariatów.

- Wy żeście powariowali! – warknęłam, rzucając im wściekłe spojrzenie.

Chwyciłam narty i słysząc, że mnie Kamil woła, odwróciłam się, ale szybko przyspieszyłam kroku. Nie, Kamilu! Ja chcę być sama, żadnych rad od lidera kadry. Żadnych morałów i mądrości! Ale się nie udało. Wlazł za mną do windy.

- Dasz sobie radę. Nie musisz być pierwsza – powiedział spokojnie. – Po prostu skocz na luzie, tak jak lubisz.

Taaa, łatwo ci mówić, wiesz? Miałam po prostu stracha! Kto do diabła wymyślił te nieszczęsne mamuty?! Poczułam klepnięcie od lidera i przewróciłam oczami.

- Dasz radę, Mania. Nic nie kombinuj, nie udowadniaj nikomu. Skocz dla siebie. Jakby to był tylko trening i przyszłaś sobie poskakać.

W milczeniu kiwnęłam głową, chwyciłam narty i powędrowałam wydeptaną dróżką, próbując wyciszyć wszelkie złośliwe myśli. Wiecie, że to nie takie proste zresetować głowę jak twardy dysk? Nawet pozytywne wsparcie kibiców czy muzyka nie ułatwiała mi skupienia przed tym, że jeszcze raz musiałam skoczyć z tej wielkiej mamuciej skoczni. Dobrze, że nie nabawiłam się od razu lęku wysokości, bo naprawdę HS90 czy HS120 to pryszcz w porównaniu do HS200.

Znowu to okropne uczucie wyczekiwania. Spacerowałam sobie po pokoju, podskakując od czasu do czasu. Minęłam się z Kamilem, który przybił sobie ze mną żółwika. Kątem oka dostrzegałam, że kamera patrzyła na mnie. Kącik ust mi się podnosił, ale dostrzegłam w monitorze, że Gregor spoglądał na mnie, uśmiechając się pod nosem. Najchętniej to bym chwyciła miotłę i wyszorowała mu ten głupkowaty uśmiech z twarzy. Dobrze, że mnie nie poznawał, choć przez chwilę myślałam, że już porobione. Myślałam, że zemdleję, gdy spotkałam Lucasa! Na szczęście się okazało, że ten matoł umie trzymać paszczę zamkniętą. Albo może zwyczajnie się nie domyślił, że Marcin i Marina to jednak ja? Albo nie poznał Stefka i Kamila, no i nic nie zakumał? Może po prostu sądził, że jestem wstrętną wagarowiczką? I całe szczęście, kamień z serca, bo jeszcze mi tylko Gregora na karku brakowało.

W każdym razie szykowaliśmy się równo oboje. On był po pierwszej serii drugi. Siadł wreszcie na belce. Posprawdzał wszystkie zabezpieczenia, przeżegnał się i wio! No krzyżyk ci na drogę. Przeskocz sobie mój skok i jeszcze tylko ja, a potem koniec tej chałtury. Oczywiście znowu spiker się podniecał, jakby miał zaraz dojść do szczytu Mount Blanc czy coś, a ja już się musiałam szykować. Nie wiem ile ten Schlieri skoczył, ale widać było wirujące kolorowe flagi barw Austrii, więc pewno daleko. Na bank musiał być na podium.

Siadłam na drewnianej belce, poprawiłam te gogle, sprawdziłam zapięcia i czekałam na znak od trenera. Patrzyłam na dół i znów ten cholerny ścisk w żołądku… Wiatr szalał, więc trener kazał mi zejść na chwilę, uff, odwołajcie. Co tam ja, ostatnia osoba. Nie muszę skakać, nie? Patrzyłam na tablice, a tu gościu mi dyrygował, że niby mam znów siadać. Przewróciłam teatralnie oczami, karcąc się w duchu, bo przecież kamera może to uchwycić i się zdradzę. Marcin tak się nie zachowuje. No machaj Kruczek! Naprawdę w tym kombinezonie to mi nie było wygodnie i sikać mi się już chciało. Kot nagle stał się jakimś medium czy co?! No wreszcie! Machnął chorągiewką!

Znów odbiłam się tak mocno, że aż poczułam w pośladkach wszystkie mięśnie i spojrzałam przed siebie, jak daleko mam jeszcze lecieć. Czułam wiatr na plecach i pod nartami i modliłam się, coby mnie nie dmuchnęło za daleko. Już! Na koniec wzorowy telemark. I jeszcze nie dojechałam do bandy, a już jełopy rzucili się na mnie i zwalili mnie na ziemię. A ja z powodu ich ciężaru czułam się tak, jakbym ważyła kilka ton.

- Dajcie mu oddychać – wściekał się Stefan, próbując odrzucić kolegów, by pomóc mi wstać. – Złamiecie to chuchro! No już sio!

Podniosłam się i uśmiechnęłam lekko. Wszyscy mi gratulowali, nawet Ziobro! Grzesiek przyleciał z jęzorem na wierzchu, a że kondycja zerowa to mało płuc nie wypluł nim mi zdołał pogratulować. Potem wyściskał mnie tak mocno, że będę miała sińce na ramionach! Na bank! A na koniec dodał, że najchętniej to by mnie na miejscu od razu adoptował. Publiczność klaskała jak szalona, co było nieco ciekawe, biorąc pod uwagę fakt, że pokonałam ich krajowego idola. A może wcale tu nie lubią Gregora? Może już się przerzucili na Prosiaka? Nie mój problem! Pomachałam do kamery radośnie, licząc, że Krzysio ogląda! Ach, czemu go tutaj nie ma, jak ja pierwszy raz zwyciężam? Za to byli inni i była wielka ogólna radocha. Kubacki miał taki wyszczerz, że prawie pękł na pół, Ziobro zadowolony, jakby sam był na podium, Żyła się darł do Kota, że mamy zwycięstwo! Taaaa! Jasne! Kto ma, ten ma!


_______________________

Witam!
Przed nami następny rozdział!
Mam nadzieję, że również przypadnie Wam do gustu! :) 
Swoją drogą cieszy nas bardzo, że czytając rozdział każda z Was próbowała dojść do rozwiązania kim był ów tajemniczy chłopak ze szkoły Mariny. 
Z racji tego, że pominęłyśmy konkurs z tym osobnikiem (to chyba przez to, że ja wystosowałam oficjalne pismo, że nie będę nadawać na Macieja Kota, a Aria przeżywała, że nie spotkała Dejviego!) muszę przyznać, że najbliżej rozwiązania zagadki była i jest AIA! ;)
Nie przeciągając dłużej, życzę miłego komentowania!
M. 

I cóż ja więcej mogę rzec? Czytajmy, czytajmy!
Aria

sobota, 24 stycznia 2015

20. Listy schowane w piecu



[Krzyś B.]

Nic nie mogłem przecież poradzić, że brakowało mi doświadczenia. Nie tylko na skoczni, ale także w życiu prywatnym. No dobra, przede wszystkim w życiu prywatnym. Bo kiedy ja ostatnio miałem dziewczynę? Chyba w przedszkolu! A jeszcze nie była moja tylko wspólna z kolegą. Przy mnie to nawet Kota można uznać za znawcę kobiet. Wcześniej to jakoś niespecjalnie mi to nie przeszkadzało. Zajmowałem się skokami, czasem coś tam pożartowałem z Olkiem czy Klimkiem, czasem się pozłościłem na własną nieśmiałość i zawstydzenie w stosunku do przedstawicielek płci pięknej, no ale co się miałem przejmować? Poza tym niespecjalnie miałem czas kogoś fajnego poznać. No bo gdzie? Na skoczni? No OK, na skoczni mógłbym. Madzia i Asia super dziewczyny, ale nawet one mnie mają za gówniarza. I to jest chyba mój największy problem… Ale żeby i Marina? No już sam nie wiem! No bo same powiedzcie, co ja sobie mogę myśleć? Już się wydawało, że wszystko w dobrą stronę idzie, a nagle Marinka przestała odbierać rozmowy na Skype, a i na chacie dużo rzadziej pisze! Tak z dnia na dzień! 

No i zupełnie nie wiedziałem czy ja coś zrobiłem źle? Może ją przestraszyłem? A może coś nie tak powiedziałem? Próbowałem Marcina delikatnie podpytać, ale on to jest chyba jeszcze bardziej zielony w sprawach damsko-męskich niż ja, bo tylko się zrobił czerwony jak burak i coś tam mruczał pod nosem zawstydzony. I tyle sobie pogadasz z nim o ważnych sprawach. Fajny kolega, ale się jeszcze nic a nic nie zna na życiu.

Gapiłem się już chyba drugą godzinę w chat na Facebooku licząc, że w końcu się Marina na nim pokaże, aż w końcu doszedłem do wniosku, że sam sobie nie dam rady. Bo może się dziewczyna czuła osaczona przeze mnie? Albo co? Trudno, trzeba pogadać z którymś z chłopaków! Tylko łatwo wymyślić, trudno zrobić… Bo niby do kogo miałem iść po radę? Kamil i Stefan to chyba myślą, że jestem głupim małolatem. Nawet mnie w Sylwestra nie obudzili i przespałem północ jak przedszkolak! Na samą myśl, że miałbym z nimi rozmawiać… no wiecie… to robiłem się czerwony jak burak. Odpada! Kot… Ten to się zna na dziewczynach, jak ja na curlingu – tzn. wiem, że istnieje. Na pewno mi nic nie pomoże. Marcin w tych sprawach równie zielony, jak wcześniej mówiłem. Do Klimka mógłbym zadzwonić albo Ziobry, ale jak się ich romanse skończyły to sami wiecie. Lepiej nie. Do Kubackiego bym poszedł, no ale się go trochę boję. To co? Został mi Piotrek. Poszedłem i zapukałem.

- Wlaaaaazł! – wydarł się Żyła, więc do pokoju wparowałem, a ten spojrzał na mnie z wielkimi oczami. – Eee... myślałem, że to trener.

No tak, koniec świata, bo grzecznie zapukałem, a nie jak inni koledzy, co wchodzą jak do tramwaju. Ale już po chwili Pieter się wyszczerzył na całą gębę, poklepał mnie w ramię, a potem chyba dostrzegł moją minę zatroskaną, bo usiadł na skraju łóżka i wbił we mnie ciekawskie spojrzenie. Wiedział, że mam problem.

- Co jest? – zagadnął, a potem cierpliwie poczekał, aż się wyjąkałem.

- Piotrek, bo ja się chyba zakochałem – wydusiłem w końcu i skierowałem wzrok na podłogę.

- Matko kochana! W Prędkim?!

- Odbiło ci całkiem?! – obruszyłem się, bo tego już było za wiele. – Gdzie w Prędkim?! W Marinie!

- To ty wiesz?! – Wiewiór tak się zdziwił, że aż usiadł z otwartymi ustami, a ja westchnąłem głęboko. Czyli jednak on też mnie ma za dzieciaka.

- Pewnie, że wiem, że Marcin ma siostrę bliźniaczkę… – westchnąłem, bo zupełnie już nic nie rozumiałem. No ale to Pietrek. – Z resztą co to za tajemnica? Parę lat temu ją na treningach widywałem, ale dopiero teraz jakoś… jakoś tak… mnie wzięło.

- To gdzieś ją spotkał? – Żyła ocknął się z zamyślenia i uśmiechnął szeroko.

- No w sumie to… Nie spotkałem. Uczyliśmy się matematyki na Skype razem… No i tak jakoś… – bąknąłem, czerwieniąc się jak pomidor i wtedy przez chwilę pożałowałem, że tu przyszedłem. Bo co sobie o mnie Piotrek pomyśli? Taki ze mnie matoł.

- To że tak się zapytam… W czym tkwi problem?

- No właśnie nie wiem!

- To jak mam pomóc? – Żyła rozłożył bezradnie ręce i chyba naprawdę zrobiło mu się smutno. Skuliłem się w sobie, a potem machnąłem ręką i usiadłem na łóżku Kota, trzymając kciuki, żeby właściciel pościeli nie wparował do pokoju zbyt szybko. Ale by miał uciechę! Potem powoli wszystko mu opowiedziałem. Jak się uczyliśmy wieczorami, jak jej tłumaczyłem, a potem jak rozmawialiśmy o byle czym do późna… Jeszcze w czasie Świąt wszystko wydawało się proste, a potem tak nagle… cisza. Nie odbierała jak do niej dzwoniłem, a na zostawione wiadomości odpowiadała może raz na tydzień. A przecież jesteśmy w Innsbrucku! Miałem nadzieję, że może przyjdzie pod skocznię… 

- Ja już zupełnie nic nie rozumiem – dodałem na koniec i spojrzałem na kolegę błagalnym spojrzeniem. Ten wypuścił powietrze, a potem podrapał się w głowę. Powiercił się chwilę na krześle, a potem rapem wstał i poszedł pod okno. A potem wrócił i usiadł naprzeciwko mnie tak gwałtownie, że ja aż podskoczyłem.

- Ty z Prędkim mieszkasz, nie? – zapytał mnie, więc szybko przytaknąłem. – To proste jak drut w lewej nodze! Dziewuszyna się wstydzi gadać przy Marcinie! 

- Myślisz? – westchnąłem z powątpieniem.

- Na bank! Ona… podobno strasznie nieśmiała!

Czyli może jest nadzieja, że nie całkiem mnie olała?


[Marina]

Nie sądziłam jednak, że pojawienie się w Innsbrucku pokomplikuje mi trochę życie. Bo raz, musiałam znowu nakłamać Krzysiowi – tym razem jako Marina – że byłam zmuszona pilnie jechać do Polski i nie ma mnie w Innsbrucku… Całe szczęście, że Piotrek mnie uprzedził na czas. Może na dobre wyszło, że się dowiedział. Nie rozmawialiśmy o tym później, ale czułam, że w głębi serca mnie wspiera. Taki kochany! A ten biedak czekał i tak liczył, że się spotkamy! Znaczy Krzysiu. Ach, ach, ach. Serce mi mało nie pękło, gdy mu pisałam, że mnie nie będzie pod Bergisel, a potem gdy musiałam patrzyć jak chodzi taki smutny z nosem na kwintę! No ale co mogłam zrobić? Umówiłam się z nim grzecznie na Zakopane. Mam nadzieję, że mój brat łamaga do tego czasu wróci na swoje miejsce, bo inaczej go zabiję gołymi rękami! A dwa, skoro już byłam niedaleko, to musiałam się pokazać w Stams, niby po chorobie, by pozaliczać częściowo moje nieobecności i znów zniknąć. Dobrze, że mogłam liczyć na wsparcie kolegów. Znaczy się święta trójca czyli Sobczyk, Stoch i Hula obiecali ze mną pojechać do Stams busem prosto po zawodach. Nie mam pojęcia jak Grzesiek to Kruczkowi wytłumaczył. W każdym razie sprawił, że inne matoły grzecznie pojechały drugim autem ze Skrobotem bez żadnych pytań. Podobno naściemniał, że mamy z Kamilem jaką dodatkową kontrolę, a Stefan został do towarzystwa. Piotrek wtedy głośno wyraził swoją dezaprobatę i powiedział, że ani mu się śni marznąć i na nas czekać. Inni poszli za jego przykładem, zapakowali się do busa i pojechali do hotelu. Jeszcze się muszę pochwalić, że nie wypadłam tak źle na zawodach, bowiem pierwsza dziesiątka najlepszych zamykała się ze mną w roli głównej! No i obok Dawida byłam drugą (drugim! Drugim!) w kadrze, który coś zarobił podczas kwalifikacji. A Stefan tym razem był drugi. Zaraz za Wielbicielem Prosiaków.

Nasz plan był taki, że pod szkołą wychodzę jako Marina, idę załatwić swoje sprawunki, Sobczyk do dyrektora by porozmawiać o dalszej nieobecności, a ja wtedy śpiewająco zaliczam egzaminy. Po trzech godzinach wracam do busa i pod hotelem wysiadam jako Marcin. Przecisnęłam się na koniec busa, by chłopaki nie podglądali, jak się przebieram, a raczej doprowadzam do swojej wersji pierwotnej. Rozpuściłam swoje włosy, które wykręcane były od notorycznego obwiązywania gumką, wcisnęłam się w swoje damskie spodnie i bluzę, a na to ubrałam „cywilną” kurtkę. Gdy doszłam do kolegów musiałam przez chwilę pomachać im dłonią przed oczami, bo czułam się tak, jakbym była brudna. 

- Eeee… – po chwili Stefan chrząknął i wybudził się z transu. – Jaka ty jesteś…

- Tak wiem, podobna do Marcina – wtrąciłam, bo nie ukrywam, że dosyć dobitnie wryło mi się do głowy to stwierdzenie w wykonaniu Bieguna.

- …ładna – poprawił Stoch z lekkim uśmiechem. – Chcieliśmy powiedzieć, że ładna. A to, że podobna to też swoją drogą. 

Nie ukrywam, że ten mały komplement od lidera bardzo podniósł mnie na duchu, bo to bardzo miłe uczucie, że dwóch dorosłych, żonatych mężczyzn potrafi sprawić dziewczynie przyjemność małym zdaniem. Przy okazji wprawiając mnie w małe zakłopotanie.

- Ermmm, dziękuję. 

- I jesteś niezmiernie urocza, kiedy się zawstydzasz – dodał Stefan, uśmiechając się szeroko. 

Spojrzałam na szybę, żeby jednak nie widzieli, że rumieńce mnie zdradzają, nie mniej jednak trochę się zastanawiałam czy Stefkowi tak wypada mnie podrywać. W dodatku nieletnią. Jeszcze by go niesłusznie oskarżyli o jakieś seksualne insynuacje. W takim razie, gdy dojechaliśmy przed szkołę czułam się dumna, że chłopaki doceniają moją edukację na wysokim poziomie, bo wyczułam w ich głosie lekką nutę zawodu, że oni nie mogli w swoich młodzieńczych latach korzystać z takich szkolnych wymian, jak ja. Sobczyk pędem powędrował do dyrektora, a ja sprintem wpadłam na szkolne korytarze, by znaleźć wskazaną salę i zacząć się męczyć trzy godziny nad odrabianiem swoich zaległości w obecności wtajemniczonych nauczycieli.


[Stefan] 

Opierałem się o maskę samochodu i razem z Kamilem wyczekiwaliśmy aż nasza gwiazda wróci do nas z uśmiechem. Bo szczerze… innego scenariusza sobie nie wyobrażałem. Mała musi zdać te egzaminy! Jeszcze by się Kruczek, nie wiadomo skąd, dowiedział i byłby koniec i dziewczyny i jej brata. 

- Myślisz, że jej brat skakałby tak samo dobrze jak ona? – zapytałem przyjaciela, bo już mi się nudziło to czekanie i chciałem zabić czas.

- Sam się zastanawiam, co to będzie jak Marcin wróci. I na jakim poziomie po kontuzji…

- A co on sobie zrobił? – spytałem, bo przyznam szczerze, że jakoś nie miałem czasu i okazji, żeby pytać o to Manię. O widzicie, ta ksywa pasuje jej jak ulał. No przyznajcie, że ładniej brzmi jak myślę o Manii, a nie o Marinie?

- Nie wiesz? – odpowiedział zdziwiony Kamil, uśmiechając się wesoło, a mi nie pozostało nic innego, jak zaprzeczyć kategorycznie głową. – Spadł z jabłoni i skręcił nogę. Tylk skręcenie, jak się potem okazało, było złamaniem. No i są komplikacje.

- Ale że z jabłoni? 

- Sam się dziwiłem dopóki nie spotkałem się z jej bratem – odpowiedział Stoch. – No bo wiesz stary, nie dość, że za niego skacze, nasłucha się trochę od naszych przypałów, jaki to Prędki nie jest, a to jeszcze ta akcja z matematyką. Stwierdziłem, że muszę nim trochę potrząsnąć, żeby się ogarnął.

- Pomogło? 

- Powiedzmy, że chyba coś trafiło do jego głowy, skoro zdał ten sprawdzian przed tym całym zdawaniem przy Kruczku online. Aż dziw bierze, że Łukasz niczego nie podejrzewa.

Pokiwałem głową, bo tutaj przyjaciel miał rację. I naszym zadaniem nie pozostaje nic innego, jak utrzymać ten sekret jak najdłużej. 

- Dlatego zostawmy wszystkich w błogiej nieświadomości – stwierdził lider uśmiechając się pod nosem. – O, wychodzi!

Spoglądałem na uśmiechniętą Marinę, która biegła do nas z informacją, że udało jej się zaliczyć semestr przed czasem. Kamil poklepał dziewczynę po ramieniu, a ja przytuliłem ją do siebie jakby to była moja młodsza siostra, o którą muszę dbać, by choć jeden włos jej z głowy nie spadł. Po chwili ujrzeliśmy drugiego trenera i gotowi mogliśmy wracać do hotelu. 

- Mam pomysł – odezwał się Kamil. – Z racji tego, że zaliczyłaś semestr może jakaś mała nagroda? Chciałbym cię zaprosić na lody gdzieś w pobliżu, ale jak sama wiesz nie znam okolicy. Stefan też może iść – uzupełnił łaskawca.

- Chłopaki ja nie wiem czy to dobry pomysł – wtrącił niepewnie Grzegorz. – Wystarczy chyba szlabanów dla Prędkiego, co?

- Grzesiek to tylko lody! Do kolacji wrócimy przed czasem, będę pilnował godziny – dodał Kamil wciąż spoglądając z uśmiechem na Marinę i szybko zrozumiałem do czego zmierza. Dziewczyna była gotowa już wsiąść do busa i znów przeobrazić się w swojego brata, a przecież każdy potrzebuje być chwilę sobą!

- Marinie się należy trochę swobody w swoim ciele. Stawiamy jej lody w nagrodę za dobre sprawowanie na Turnieju i że z sukcesem zaliczyła semestr. Daj jej odetchnąć – wyjaśniłem.

- Dobra, poddaję się. 

- Najbliższe lody można zjeść w kawiarni przy skoczni Bergisel. 

Piętnaście minut później siedzieliśmy w przytulnej kawiarence z ogromnymi pucharkami lodów i owoców. Widok uśmiechniętej dziewczyny cieszył nie tylko moje oczy, ale i napawał jakąś braterską dumą. Widać było, że mogła swobodnie poczuć się przy nas, pośmiać, pożartować. Przy busie mała nie mogła nam przestać dziękować, a ja już wiedziałem, jak nie wiele trzeba by dać jej powody do radości. Wystarczyło tylko od czasu do czasu pozwolić jej być Mariną. Chwilę później zauważyłem, że jakiś młodzieniec przygląda się uporczywie naszej gwieździe. Sama Mania przez chwilę również utrzymywała z nim kontrakt wzrokowy. Mógłbym się założyć, że między tą dwójką iskry leciały od samego patrzenia! Przyjrzałem się uważnie młodemu chłopakowi i na pierwszy rzut oka to urodziwy to nie był. Już Biegun był przystojniejszy! A ten typ tu? Masywna budowa niczym dąb, tunel w uchu i ciemne włosy. Wzruszył ramionami i odwrócił się by wrócić do rozmowy.

- Coś się stało? – spytałem, bo Marina nerwowo się poruszyła.

- Nie! Znaczy się dziękuję wam za deser, za wsparcie, ale nie sądziłam, że ta kawiarnia jest oblegana przez innych z mojej szkoły. Na szczęście gościu mnie chyba nie poznał. 

Kiwnęliśmy tylko potakująco głowami i wróciliśmy do hotelu. Trochę trzeba było konspiracji, żeby ją jakoś przemycić do pokoju i spokojnie pozwolić, by zamieniła się w brata. Nie powiem, bawiło mnie przyglądanie się, jak poprawia perukę i charczy, by zacząć grać Marcina. 

- Nie zastanawiałaś się nigdy nad aktorstwem? – spytał z uśmiechem Stoch.

- Nie, jakoś nie przyszło mi to do głowy – oznajmiła Marina.

- A szkoda! – wtrąciłem. – Całkiem nieźle sobie radzisz, no ale chodź Marcinie na kolację.

I tak udaliśmy się we czwórkę na stołówkę, by dołączyć do nieświadomych niczego pozostałych. 



_____________________

Witajcie!
Długo zajął nam powrót do rzeczywistości. 
Po raz kolejny utwierdzam się w tym, że kocham Zakopane! <3
Kocham jego magię, atmosferę, możliwość poznania szereg nowych osób!
Kocham sam fakt, że przy odrobinie szczęścia można było natrafić na skoczków!
I wiecie co wam powiem?
Obiecałam Corze, Arii, Ali, Madzi i Aii, że osobiście pod rozdziałem napiszę, że już nigdy więcej nie zamierzam psioczyć na Macieja Kota!
Od teraz jesteście świadkami, że napisałam to oficjalnie!
Maciek jest przesympatycznym, ciepłym młodzieńcem. 
Nikomu nie odmówił robienia zdjęć, robiąc na złość "miśkom". 
Pozował z uśmiechem i porozmawiał z nami jak kolega z koleżankami! 

Co niektórzy (nie robię tego po złości, ale sama się wypaplałaś czytelniczce w komentarzu :P) wiedzą, że również natrafiłam na Dejviego. O dziwo, cud, że w ogóle wyszedł do mnie i dwóch koleżanek. Można było uciąć z nim krótką rozmowę. Dawid to mega ambitny facet, nie gorszy od Macieja. Bardzo surowy wobec siebie ale wsparcie kibiców i wiara w niego oraz w zespół sprawia, że skoczkowie są świadomi jak bardzo kibice ich kochają i wspierają na dobre i na złe!

Najbardziej oblegany ze wszystkich był niedzielny zwycięzca - Kamil Stoch. 
To było istne szaleństwo przeżyć taką dziką radość w gronie ponad 50 tysięcy kibiców! (niektóre źródła podają, że na skoczni było 23 tysiące, a pod skocznią drugie tyle!) Sam hymn Mazurka Dąbrowskiego sprawił, że miałam ochrypnięte gardło i łzy pociekły po policzkach.
Dla takich chwil człowiek wie, że warto! 
Warto spełniać marzenia!
Warto realizować swoje cele!
I pomyśleć, że trzeba czekać kolejny rok by móc świętować okrągły 40 konkurs w Zakopanem!

Megi


Cóż, Megi powyżej to już największe przygody opowiedziała :) Pozwoliłam sobie tylko podkreślić jej oficjalne oświadczenie na temat Macieja! Mogłabym powiedzieć - a nie mówiłam! Kochamy Macieja i będziemy go wspierać i trzymać kciuki nawet jak nie idzie. Należy się jak najbardziej za całą cierpliwość jaką miał dla kibiców.

Bohaterem Zakopanego był także Heinz K. Zapraszam tutaj. Wspomnienia z Zakopanego oczami Heinza Kuttina - taki pamiątkowy jednopart :)

Swoją drogą kolejnym jednopartem zaszczyciła nas Cora. Jeśli jesteście ciekawi to zapraszam tutaj.

A Wy mieliście jakieś przygody w Zakopanem albo w Wiśle? Kto był?!
Pozdrawiam, 

Aria.


środa, 31 grudnia 2014

19. Więźniowie kolorowych marzeń





[Dawid]

Ja to naprawdę nie rozumiałem, co im się nie podobało w moich spodniach. Przecież zielony to kolor nadziei i radości, a poza tym jest ładny. No i to nie była moja wina, że nie miałem innych gaci. Nie muszę przypominać komu to zawdzięczałem, że cały Turniej chodziłem tak samo ubrany, no ale ja z tym problemu nie miałem. A ci tak.

- Te gacie nie pasowały ci do czapki. Za nic! – przekonywał Piotrek. Ciekawe od kiedy takim znawcą kolorów się zrobił. 

- Dobrze, że na kwalifikacjach było mało ludzi i nikt nie widział – zaśmiał się Hula. Pokręciłem głową i usiadłem kilka miejsc dalej. Oczywiście połowy towarzystwa jeszcze nie było na naszej uroczystej kolacji, bo nikt im pisemnego zaproszenia nie wysłał.

- Spoko! Jutro nasza gwiazda będzie trzydziesta pierwsza! – wyszczerzył się Skrobot. Rzuciłem mu groźne spojrzenie, ale nie odezwałem się ani słowem, bo co sobie będę strzępił język. Wkrótce matoł zobaczy! Nie jutro, to wkrótce! W końcu wygrałem kwalifikacje, to mogę i całe zawody wygrać. Albo nawet cały Turniej! Może nie w tym roku, bo mi w Oberstdorfie nie poszło, ale na przykład za rok! Przesiadłem się dwa krzesła dalej, bo odechciało mi się siedzieć obok takiego Skrobota.

- Dajcie spokój, chłopaki! Sylwester jest. Moglibyście raz być dla siebie mili – upomniał ich wchodzący właśnie do stołówki Klimowski. 

- Właśnie! – przytaknął Kruczek i usadowił się obok Sobczyka. – Może bym wolniej siwiał.

- Maciuś, masz te fajerwerki? – zapytał szeptem Żyła, ale pech chciał, że akurat była taka cisza, że wszystko było słychać. Trenerzy spojrzeli na Kota, który tylko wzruszył ramionami, a ja kopnąłem Piotrka pod stołem. Kto mądry by Kocura wtajemniczał w takie sprawy? Przecież wszystko, co kupiliśmy było schowane pod łóżkiem Kamila. Tylko ten oczywiście teraz gdzieś zniknął i nie było komu gadać z Łukaszem, żeby pozwolił nam o północy iść. A ja postanowiłem, że nie będę znowu załatwiał. O nie! 

Stefan chyba zobaczył moją minę, bo zamienił się miejscem z Piotrkiem (jeszcze brakowało, żeby Żyła zaczął Kruczka przekonywać) i tak niby przypadkiem, zupełnie niechcący zagaił rozmowę, że to tylko raz w roku się wita Nowy Rok i że my zupełnie kulturalnie byśmy sobie poszli na tę górkę za hotelem o północy i odpalili parę fajerwerków. Oczywiście zaraz później byśmy wrócili i poszli spać, bo przecież jutro jest konkurs. Trenerzy powzdychali trochę dla zasady, ale zgodzili się jak co roku, a Stefan został mianowany na szefa wyprawy. Potem przyszedł Kamil i była beka.

- Mamy nowego lidera – śmiał się Żyła. – Nie było cię, to cię zaraz Stefcio wygryzł!

Stoch pokręcił głową ze śmiechem i siadł obok mnie, a potem puścił mi oko. Natychmiast zrozumiałem.

- Trzeba go wybrać na zastępcę – zasugerowałem. – U niego są wszystkie pudła.

Po godzinie już było po uroczystej kolacji sylwestrowej, a wszyscy stali ubrani do drogi przy recepcji. Pierwszy szedł Stefan, jako szef i dowódca. Za nim Kot tachał pudło z fajerwerkami. Ten akurat nie chciał, ale demokratycznie został do tego zadania mianowany. Żyła szedł obok wielce ucieszony i co trzydzieści sekund sprawdzał czy nie zgubił zapałek ani zegarka.

- Bo skąd będziemy wiedzieć, że już północ? – gadał ciągle do Stocha. 

Na końcu szedłem ja, żeby pilnować porządku. 

Wyleźliśmy na górę, żeby wszystko przygotować. Kamil ustawił butelki rzędem, a później razem z Maciejem powkładał do nich fajerwerki. W tym czasie Stefek odmierzał kroki, żeby zrobić linię, gdzie można najbliżej stać. Piotrek patrzył na zegarek i co chwilkę informował która jest godzina. 

- Dwudziesta trzecia pięćdziesiąt siedem…

- Mustaf! Z której strony jest wiatr? – zapytał Hula. – Nie walnie w tamtą chałupę?

Jasne. Jak trwoga to do Kubackiego.

- Nie! Tam poleci – pokazałem kierunek, a wszyscy pokiwali głowami.

- Pięćdziesiąt dziewięć…

Stefan wygonił nas wszystkich za linię bezpieczeństwa, a Kamil wziął od Żyły zapałki i zajął swoje stanowisko. Piotrek chciał protestować, ale sobie przypomniał, że ktoś musi pilnować czasu.

- Siedem, sześć, pięć, cztery, trzy, dwa… jeden! – darliśmy się wszyscy, a gdy wybiła północ Stoch podpalił lonty i poleciały do nieba te nasze barwne fajerwerki. Każdy aż wstrzymał oddech z zachwytu tak było pięknie.

- Szczęśliwego Nowego Roku! – zawołaliśmy głośno, a potem życzeniom nie było końca.

- Żebyś wygrał, ale nie jutro, bo wstyd w takich seledynowych portkach – śmiał się do mnie Hula, a ja już miałem coś mu powiedzieć, gdy naszą uwagę zwrócił Żyła, który minę miał jakby właśnie się dowiedział, że wprowadza się do niego Walter Hofer.

- E! A gdzie są Biegun i Prędki?!



[Kacper]

W Ga-Pa kadra skoczków spisywała się należycie. Dokładnie tak, jak zakładałem sobie to z trenerem Kruczkiem. No dobra. Jak sobie Kruczek zakładał, a ja to tylko głową kiwałem w kącie, bo za wąski w uszach jestem, żeby się wymądrzać. W każdym razie stopniowo każdy z chłopaków realizował swoje poszczególne cele i postanowienia noworoczne i jestem pewny, że do Soczi pojedziemy w roli faworytów. Z mojej obserwacji wynika, że co po niektórzy zaczynali się rozkręcać z zawodów na zawody. Taki Hula przecież. Zdawało się, że już narty na kołku zawiesi, ale pokazał, że nie warto go skreślać! Na dodatek ten Prędki to co chwila mnie zaskakiwał. Brakuje mu szczęścia by stanąć na podium, ale raz za razem plasuje się w pierwszej dziesiątce. No i nie psioczy jak ten bury Kot. Wiecie, że czasami mam ochotę mu dać w łeb, by równo puchło? No ale nie mogę. W końcu jestem od nart smarowania, a nie od wychowywania skoczków.

Gdy wszyscy szykowali się do skoków, stałem z Gębalą na dole i spoglądałem na rozpiskę finałowej trzydziestki. Pięciu naszych miało szansę walczyć o finałową dziesiątkę. Kto tam wie czy któryś z nich na podium nie wskoczy. Bo przydała by się nam taka petarda w czterech literach, by któryś z naszych wyskoczył tak, jak ten… piękny jak mu tam było?… No wiecie, chodzi mi o tego Prosiaka, co to go Alex wytrzasnął z chlewni czy z trzody. 

- Kacper, to na kogo stawiasz? – usłyszałem głos Grześka i spojrzałem na niego, no bo wiecie my to tak we dwójkę czasami zakłady między sobą robimy. Że też Sobczykowi się nie znudziło, skoro trochę kasy mu już wyrwałem. Wziąłem mu z dłoni kartkę i przejrzałem raz jeszcze nazwiska naszych, bo kto tu najbliżej miał do podium? A tak, Stoch, Prędki i Hula. 

- Stawiam na Hulę albo tego Austriaka z programu nizinnego – wymruczałem i ujrzałem jego zaskoczone spojrzenie.

- To już nie stawiasz na Prędkiego? – rzucił mi z oburzeniem.

- Na pewno zaliczy miejsce tuż obok podium – uśmiechnąłem się cwanie, bo przecież na bank Młodemu znowu zabraknie pary w nogach by się do trójki załapać.

- A zakład, że Prędki stanie dzisiaj na podium? – odparował pewny siebie Sobczyk. – Stawiam dwie stówy!

- Zgoda! – burknąłem i spojrzałem na Gębalę. – Ty! Przetnij zakład!

Wszak wiatr za bardzo skoczkom nie przeszkadzał. Oczywiście jednym pomagał, żeby daleko latali, a innym nie, no ale nasi naprawdę nie skakali najgorzej. Taki Maciej na przykład. Bardzo dobrze wybił się z progu, elegancko trzymał sylwetkę w powietrzu i wykonał stylistyczny telemark. Tylko odległości mu zabrakło i wylądował na przedostatnim miejscu. Dwaj skoczkowie po nim byli i w końcu jego przyjaciel wesoły grajek Żyła. Patrzyłem uważnie i miałem ochotę zasadzić typowego face palma. Co my się umęczymy by Pietrek oduczył się robienia tego garbika. Przecież za pierona ani nie dodaje mu lepszej długości za skok, a co dopiero za styl w powietrzu. Tylko szura tymi łapami po torze jak zmęczony orangutan. No i wybaczcie mi to skojarzenie, ale innego nie mogę tutaj przytoczyć. I do mnie nie przemawia jego gadka, że to jego numer popisowy. Dziwne, że Kruczek mu łba nie urwał, no ale mówiłem, że ja się nie odzywam. Ja tu tylko sprzątam. A w sumie Pietrek to i tak, co byś nie powiedział i tak zrobi po swojemu. O, a zaraz po nim Dawid. Nasze dziecko nieszczęścia wyrwane z matczynego domu. Wczorajsze kwalifikacje pokazały, że ten to taka nieodpalona petarda jest. Jak w końcu wybuchnie to kolorowe iskry polecą na niebie. Pod warunkiem, że któregoś dnia nie przeskoczy bandy. A to ci pieroń! Ha! Dawid dostał lepszy wiatr pod narty, wybicie co prawda spóźnione, czego Kruczek mu nie podaruje, ale jaka odległość imponująca i piękny telemark. I spoglądam na Grześka i nie wiem, kto w większym szoku. Ja czy on? Czy Duduś? No bo kto by pomyślał, że blondwłosy aniołek nam się przebudzi w połowie Turnieju? W takim razie po 15 skoczkach mieliśmy naszego lidera, ale najlepsi dopiero byli przed nami. I nie martwiłbym się na zapas, gdyby nie to, że tym razem wiatr postanowił sobie z niektórych zawodników zadrwić i zagrać im na nosie. Raz z przodu, raz z tyłu! A co! I naprawdę się zaczynałem obawiać o Hulę i Prędkiego. Bo to, że Kamil sobie poradzi w trudnych warunkach to byłem pewny, a z tamtymi to nie wiadomo. 

Tymczasem organizatorzy postanowili belkę o dwa miejsca w dół obniżyć, jakby to miało rozwiązać problem. Bo co? Wolno im! Pokręciłem głową z niedowierzaniem, że już się cyrk na kółkach zaczyna. Ani się obejrzałem, a spiker zapowiadał Marcina. Siadł ten młokos niewyrośnięty na belkę i czekał na znak od Kruczka. Byłem ciekaw jak sobie z warunkami poradzi. W takim razie zaimponował mi, że wybił się pod idealnym kątem, w miarę mocno wybił i wiatr z pleców dostał pod narty. Dawał dzieciak radę! Piękny telemark, no ale czego oczekiwać od niego jak ma się od kogo uczyć. Znaczy od Kamila, nie? Ha, jeden głupi sędzia mu dał mniejsze noty za styl i Marcin wylądował daleko za plecami Dawida na drugim miejscu. Uśmiechnąłem się pod nosem bo zaczynało mi tu pachnieć polskim podium. Ale by sensacja była. W takim razie Prędki z uśmiechem podszedł do dumnego kolegi w majtkowym kasku i przybili sobie po piątce. Grzesiek koło mnie to wyglądał jakby miał ochotę skakać, że mu Prędki najlepszy prezent zrobił. Chyba zapomniał, że teraz najmocniejsi rywale mieli skakać. Aż zagwizdałem bo przegapiłem przygotowanie do skoku Kamila. Wszak lider nasz spóźnił lekko wybicie i choć odległość przyzwoita i od sędziów dostał wysokie noty to jednak…hahahaha no tego nie grali jeszcze dał się wyprzedzić Dejviemu i Prędkiemu! A jaki zaciesz ma na twarzy Kamyk. Wszak Morgenstern, Freitag czy Kofler nie dali rady. Ha! Wielką dominację Polaków przeczuwam! No a teraz ten nowicjusz, co nie wiedzieć czemu znalazł się na piątym miejscu po pierwszej serii. Poprawił te gogle, ale nawet one nie uratują jego uroku osobistego. Ciekawe czy w obyciu też jest świnią. No bo wiecie, są różni ludzie. No ale jednego mu nie mogłem odmówić. Formę miał i kurczę odległość taką samą jak Dejvi. Wyprzedzi go, czy nie? Wychyliłem się przez barierki z Gębalą by ujrzeć czy wygryzie Kubackiego czy też nie? Wyprzedził Prosiak jeden i jedną dziesiątą! W ten sposób wykopał Prędkiego z podium na amen. No Marcin to ma wybitnego pecha. Zawsze mu brakuje. W takim razie Dejvi miał jeszcze szansę być w trójce! No ale jeszcze Prevc, Amman i Hula. Nie powiem, że nie zaczynałem się denerwować. Bo wszak to byłoby święto, gdyby Stefek wygrał. Rzecz wręcz niesłychana! No bo kto u bukmacherów by na niego postawił? Pewnie nikt. W takim razie z góry wiedziałem, że Amman wyląduje koślawo, ale sędziowie mają klapki przed oczami i nie widzą jak Szwajcar krzywo ląduje. Ale zobaczyli! No nie mogę! Tuż za Marcinem! Już mi Grzesiek ciągnął rękaw kurtki i wrzeszczał nad uchem:

- To mój chłopak! Nie dał się! 

Przegapiłem skok Prevca, bo wszyscy udaliśmy się do Dawida i Marcina, którzy z uśmiechem coś szeptali do siebie, kiedy na belce zasiadł Stefan. I jeśli zdążyłem zapomnieć co to znaczy stres z powodu pisania egzaminów to szybko sobie przypomniałem. Spojrzałem na parametry wietrzne i nie miał Hula najgorzej. Tylko wystarczyło, żeby się przyłożył solidnie przy wybiciu. No i byłbym zapomniał, nasi rodacy o doping się postarali. Ach, wspaniale na obczyźnie czuć się jak u siebie. No ale Hula gogle poprawił, Kruczek mu chorągiewką machnął i leć chłopie! Leć! To była sekunda i zwariowałem z pozostałą częścią ekipy. Skakaliśmy jak dzieciarnia. W dodatku Prędki wyrwał się z objęć z Kamilem, lecąc do zamroczonego zwycięstwem nowego lidera. A to ci psikus, że Stefan wygrał konkurs! Koniec dominacji miłośników Prosiaków! Kto by pomyślał, że taki szczęśliwy polski weekend nam się wydarzy! No i byłbym zapomniał! Dwie stówy do kieszeni! 



[Marina]

Istny maraton. Masakra. W zasadzie to coraz poważniej się zastanawiam czy TCS nie powinien zmienić nazwy. Nie wiem może na Turniej Niekończącej się Mordęgi, chociaż w sumie Maraton Śmierci też by pasował albo jak kto woli, bo na całym świecie wszyscy jarają się „Igrzyskami Śmierci”… (mowa o książce, jakby kto nie wiedział). Wszak nazwę trzeba zmienić, bo raz, że nie dosypiałam dobrze, a nawet przespałam Sylwestra! Uwierzycie?! A koledzy kochani nas nie obudzili nawet na północ. Pewnie! Co się będą przejmować dwójką małolatów? Bo Krzysio też zaspał. Oglądaliśmy sobie film na laptopie. Bardzo fajny, chociaż o Jamesie Bondzie. A potem jak nas siekło, to ino roz. A ci poszli bez nas! 

W każdym razie nie dość, że mało spałam, to jeszcze miewałam częstsze skurcze w udach i dobrze, że fizjoterapeuta zna prawdę i mogę liczyć na jego wsparcie i postawienie mnie na nogi. A to dopiero drugi konkurs był! Trzy, polskie media urządziły sobie jawną bitwę pomiędzy Austrią, a Polską. Znaczy się między nami. Prędki kontra Diethart. Z całym szacunkiem dla Thomasa, ja tam nie czuję żadnej nienawiści, że jest moim rywalem. Przecież to sport fair play, że kto ma formę ten wygrywa. Jedynie sędziowie zawalają z notami. No i zapomniałam o najważniejszym, bo przecież nie ja, nie Stoch i Diethart, a Hula zaskakuje wszystkich. FISowców, trenerów, kibiców, bukmacherów i nie zdziwiłabym się, jakby sam siebie. Mój Stefek wziął się do roboty, czyli puenta jedna, muszę się na niego częściej drzeć by dotrzymywał mi tak długo towarzystwa jak to zbędne. Bo ja szczerze to sama nie wiem co mnie podkusiło bym skakała aż do Zakopanego. W każdym razie stałam wyszczerzona pod tym podium razem z Krzyśkiem i cieszyliśmy się tak, jakbyśmy to my wygrali. Serio! Tylko Dawid… No on naprawdę wyglądał jak idiota w tych seledynowych gaciach na podium!

- Mogliśmy się zrzucić i kupić mu normalne spodnie – powiedział Biegun obok mnie. Tak po prostu, zwyczajnie, a mnie znowu zatkało, więc tylko się uśmiechnęłam. Oj dobrze, że zaczął lecieć polski hymn.



--

Miało być przed świętami, jest po świętach, a w zasadzie tuż przed zabawą sylwestrową! ;)
Z jednych postanowień noworocznych  chciałabym sobie i mam nadzieję, że Aria również się do tego przyłącza to fakt by przynajmniej co tydzień lub co dwa tygodnie wrzucać rozdział. 
Niestety nasza dorosła proza życia i obowiązki w nim zawarte nie zawsze pozwalają w pełnym skupieniu i oddaniu wywiązywać się z obietnic. Mam nadzieję, że zatwardziali kochani czytelnicy nam to wybaczą? :> 

Po drugie: chciałabym, żeby Nowy Rok 2015 był takim samym cudownym rokiem sportowym jak odchodzący rok 2014, które dał nam morze łez. Łez radości i dumy. Bo przecież był  nasz Kamil Stoch, byli siatkarze, byli ręczni, nawet piłkarze pokazali, że jeszcze kopać potrafią! ;)

Po trzecie: życzę  "prawdziwym" kibicom nieco więcej cierpliwości i wyrozumiałości. Wszak nasz lider ładnie pozdrowił "niedowiarków" ale uważam, że kibicem albo się jest na zawsze, ale wcale. Wymądrzać się potrafimy zawsze i wszędzie. Byłabym nie fair gdybym powiedziała, że taka nie jestem. Zresztą Aria ostatnio twardo mnie wprowadza na ziemię bo role się odwróciły. Ja nadaję na Kota, ona go broni.

Po czwarte: życzę Wam i sobie by wedle tradycji Zakopane (dla tych, którzy pojadą po raz pierwszy, dla innych po raz kolejny...) było takim moim prywatnym celebrującym świętem do spotkania osób, które poznałam i utrzymuję kontakty. Wśród takich twarzyczek kibicowanie jest fantastyczne, a przegadane noce uciekają przez palce w niesamowitym tempie! :)

Po piąte: nie pozostaje mi nic innego jak życzyć Wam wszystkim wszystkiego co najlepsze w Nowym Roku 2015! :) I  miłych wrażeń, dużo śmiechu przy czytaniu bloggerowych opowiadań! :)

A ty, Ario? Jak wygląda twoja lista postanowień noworocznych? :> :D

Megi


Ja mam nadzieję, że Megi mnie nie zabije, bo wywróciłam do góry nogami wszystko to, co ustaliłyśmy wcześniej. Miał być Innsbruck, a jednak jest Ga-Pa. Miał być Jasiek, a jest Dawid. I jeszcze parę zmian. Ale poniosła mnie trochę fantazja.
Chyba zapomniałaś dodać, że ułańska! Ale za to z jakim akcentem ;) 
Dobrze, że przynajmniej pozostałe części się zszyje do następnego rozdziału i będzie nowy rozdział w roku 2015 na gotowe, nie? 
Co do postanowień noworocznych - to ja bym chciała się więcej cieszyć tym co jest, a mniej martwić tym, czego nie ma. 
O właśnie! Właśnie! Sobie przede wszystkim i innym także życzę by mniej marudzić, a bardziej się cieszyć tym co mamy teraz, tu. Wszak życie za krótkie jest, by się przejmować wszystkim! :)
Dobrze powiedziane i należy Ci polać! :D 
I tak, bronię przed Megi Macieja :)
Broń, masz rację, broń! xD


Szczęśliwego Nowego Roku! 
Niech wszyscy będą zdrowi - kontuzje, upadki - a sio!
Niech w Zakopanem będzie śnieg, a nie będzie wiatrzyska złego!
Niech Kamil się uśmiecha cały sezon tak pięknie jak w Oberstdorfie!
Niech Piotrek nie będzie łajzą, tylko uwierzy w siebie!
Niech chłopaki - wszyscy -  złapią wiatr w żagle i będę skakać to, co potrafią.
Niech Dejvi wygra - nie szkodzi! Może być w seledynowych gaciach!

Pozdrawiam wszystkich Czytelników (:

Aria

Ps. Bardzo ładne zrymowane życzenia :)

niedziela, 23 listopada 2014

18. Piosenka nie o miłości




[Marina]

Matoły ukryły się za ścianą przy windzie, zostawiając mnie samą przed drzwiami dwóch trenerów. W dodatku Kot stwierdził, że wyświadczy mi przysługę i zapukał do pokoju szybciej, niż zdążyłam przygotować jakąś przemowę. Ledwo się odwróciłam, a tu bach! Drzwi otwarte! I kto stał przede mną z podniesioną brwią, wpatrując się we mnie uporczywie? Kruczek! Bo Sobczyka to było słychać z łazienki, nucącego coś pod prysznicem. 

- Ja… ja mam pytanie do trenerów – odparłam, próbując na poczekaniu znaleźć jakiś sensowny argument.

- Przekażę Grześkowi w razie czego – odpowiedział z uśmiechem Łukasz i uchylił drzwi. – Wejdź. 

Jeszcze tego mi brakowało! Pakować się do jaskini lwa. Czy koledzy do reszty powariowali? Z rezygnacją posłusznie spełniłam prośbę Kruczka i nieśmiała usiadłam na fotelu przy stole. Główny trener patrzył na mnie pytająco, a ja próbowałam się zebrać w sobie. Gdy miałam zacząć mówić (nie miałam pojęcia co, no ale nie mogłam przecież cały czas siedzieć z beznamiętną miną, jak nie przymierzając Peter Prevc na belce), drzwi od łazienki skrzypnęły i po chwili dołączył do nas zaskoczony Sobczyk. Zaskoczony albo raczej przestraszony.

- Zmajstrował coś? – rzucił szybko do Kruczka, a ja spojrzałam na niego najbardziej morderczym spojrzeniem, na jakie mnie było stać. Nie ma jak wsparcie od trenera, nie? Ładne ma o mnie przekonanie, nie ma co. Trudno, już się przyzwyczaiłam, że jestem w tym bagnie sama. Sama sobie załatwiaj transport, sama się ucz, a jeszcze najlepiej razy dwa – za siebie i brata matoła. No i sama dźwigaj sprzęt. Ale my nie o tym, bo przecież nie skarżyć się przyszłam, a z ważną misją. Dobra! Wóz albo przewóz.

- Mam taką sprawę do trenerów… No bo na dole obok hotelu jest pub…

- Nie ma żadnego picia – odparł kategorycznie Łukasz, a ja pokiwałam głową, szybko wchodząc mu w słowo.

- Ale trenerze ja nie o piciu. Jest tam pizzeria no i my… To znaczy tak. Ja kiedyś obiecałem Krzyśkowi, że mu postawię pizzę za to, że mnie wyszkolił w matematyce bezinteresownie. Trener pamięta, nie?

- Nie treneruj mi tu, Prędki!

- Bo myśmy chcieli iść, bo w sumie ta kolacja to nie była zbyt… sycąca. I tak sobie pomyśleliśmy, że… 

Kurczę, ten Kruczek to się gapił na mnie tak, jakbym naprawdę chciała mu wyciąć jakiś numer. I wcale nie miał miny, jakby się miał zgodzić. Może on układał menu, a Prędki przyszedł i mówi, że jedzenie beznadziejne?

- Znaczy się wszystko smaczne było – poprawiłam się zaraz. – Tylko my dzisiaj, tak jakoś mamy większy apetyt niż zwykle. Przez to powietrze! Więc chłopaki, mnie przysłali, żebym zapytał czy…

Łukasz zmarszczył brwi, a ja wypuściłam głośno powietrze. Jak nic dostanę nowy szlaban! Znowu! Zabiję cymbałów za ich genialne pomysły po kolei. A Pietera pierwszego!

- Pewnie, że z wami pójdziemy! – usłyszałam za sobą głos drugiego ze szkoleniowców. Genialny Sobczyk uśmiechnął się, stanął zaraz mnie i bachnął mnie tą swoją wielką ręką w bark. – Widzisz Łukasz, ten to chociaż o nas myśli. Skorzystamy, nie? Mnie się ciągle odbija tą zieloną trawą, co nam podali w ramach kolacji. 

No pięknie! To się chłopaki ucieszą! Bo co miałam zrobić? Pokiwałam głową i potwierdziłam, że poczekamy przy windzie, aż się sztab szkoleniowy odpowiednio do wyjścia przyodzieje i do nas przyjdzie. Bo przecież im nie powiem, że myśmy chcieli iść sami, a ja wcale nie miałam zamiaru ich zapraszać, nie? A Grzesiek za nic się nie domyśli niczego i zamiast mi pomóc w trudnym życiu chłopięcym, to tylko bardziej mi niszczy reputację i sympatię wśród kolegów. Nigdy więcej żadnego chrztu bojowego! Oczywiście koledzy mnie ciasno otoczyli i próbowali wyciągnąć ode mnie, czy się udało, czy nie. Spoglądałam na nich i już miałam otworzyć usta, by ogłosić tę jakże radosną wieść, jak dostrzegłam, że Kruczek z Sobczykiem już do nas dołączyli.

- No co tu jeszcze stoicie? Biegiem do tej pizzerii – oznajmił Łukasz, a wrzask radości jaki dotarł do moich uszu sprawił, że przymknęłam powieki, żeby nie oszaleć. Bo naprawdę z nimi to gorzej niż z małymi dziećmi. Z tej całej radości byłam wyściskana przez kolegów, jakbym im największe i nieosiągalne marzenie spełniła. No tak. Chłop głodny, to chłop zły. Trzeba o tym pamiętać. Tymczasem Sobczyk chrząknął i odezwał się, przekrzykując tych jełopów. 

- No to idziemy!

Cisza. I kilka spojrzeń pełnych politowania skierowanych w moją stronę. Pięknie! Znowu Prędki zawalił sprawę, bo przecież miało być bez nianiek w postaci trenerów. Ruszyłam pierwsza, gdyż miałam już dość. Mogli sami sobie załatwiać! Czy bym się wysiliła czy nie to i tak wszystko było źle. Według rozumowania kochanych kolegów. Wiecie co wam powiem? Z moich obserwacji wynika, że strasznie wszyscy się uczepili nas, płci żeńskiej, że my to zmienne jesteśmy, jak przepisy FISu. A ja dochodzę jednak do wniosku, że skoczkowie to dopiero prosty przykład, jak można w przeciągu kilku minut zmienić nastawienie do siebie i wszystkich dookoła. I ja już otwarcie przyznaję, że nie nadążam za nimi. 

Pół godziny później nikomu już nie przeszkadzało, że w naszym towarzystwie są dwaj trenerzy. Każdy zamówił dla siebie pizzę jaką chciał, a do picia to cola, ale bez cukru. No bo nie wypada, żeby na zawodach jutro skakano pod wpływem procentów czy czegoś innego, nie? Trener Łukasz nigdy by sobie na takie łamanie swoich zasad nie pozwolił. 

Tylko Biegun, który siedział obok mnie, dyplomatycznie szepnął, że wie, że robiłam wszystko jak należy i że wcale nie wyszło tak znowu źle. I wierzcie mi, prawie bym umarła na zawał. Bo ten jego szept przy uchu sprawił, że gdyby moje serce mogło wyskoczyć z piersi przez gardło, to pewnie już dawno dychałoby na wierzchu. Na szczęście po chwili Piotrek coś do Krzysia powiedział i przez kilka minut mogłam odetchnąć. Mnie za to zajął Stefan, bo chciał się upewnić, że na pewno chcę mieszkać z kolegą, a nie z nim. Tak się zaaferowałam tłumaczeniem mu, że ma się nie przejmować i nie chuchać na mnie jak na swoje małe dziecko, że wzięłam nie ten co trzeba kawałek pizzy do ust. Zajadałam się przez kilka minut z apetytem, dopóki się nie zapowietrzyłam. Albo inaczej. Ja dosłownie walczyłam o odzyskanie oddechu, a do oczu naszły mi łzy i gdyby nie to, że Kamil podsunął mi szklankę do popicia, to dalej łapałabym powietrze. Sęk w tym, że sprawę jeszcze pogorszyła bąbelkowa coca-cola. Już zupełnie ryczałam, a język to piekł jak cholera! Kto żre takie cholerstwo?! Wstałam od stołu i uciekłam w te pędy do łazienki. 

Po krótkiej chwili, gdy wydaje mi się, że mogę normalnie funkcjonować westchnęłam ciężko sama do siebie:

- Mam już dość tych wszystkim cymbałów. Zapłaci mi za wszystko braciszek. Co do ostatniego grosza.

- Prędki?!

Nosz kuźwa! Pietrek! A ten co tu robi? Patrzę na niego z wielkimi oczami, ten również w konsternacji gapi się na mnie, jakbym z choinki się urwała. 

- No co? – próbowałam jeszcze zagrać na zwłokę, póki jeszcze nie wypadł z hałasem, że słyszy dziewczynę. Może nie usłyszał wszystkiego, co gadałam?

- Brzmisz jak baba! – rzucił wesoło.

- No coś ty!?! Przecież któryś z jełopów mi pizzę podłożył diabelnie pierną! Wypaliło mi struny!

- Pierną? Jak to pierną? – spytał, jakby to było najważniejsze na świecie. – A tak poza tym pożycz rolkę papieru. 

- Że ostre! Mało w naszych pisuarach? 

- Prędki, siedzisz w damskim kiblu! 

O fuck! Chrząknęłam, próbując pokonać łzy i przyznać muszę, że naprawdę mogłabym startować do szkoły aktorskiej. Wypadłam z łazienki i spojrzałam na drzwi. Faktycznie z powodu płaczu nie patrząc gdzie się kieruję wlazłam do damskiej łazienki. Inteligentna ja inaczej! Brawo!

- Piotrek, to nie jest tak jak myślisz – zaczęłam przez łzy. – To nie ja wymyśliłam! To Sobczyk mi kazał udawać chłopaka!

Żyła stał z wielkimi oczami i szeroko otwartymi ustami, jakby zobaczył ducha. Albo kumpla w damskich ciuchach. Potem zacisnął wargi, przełknął ślinę i ponownie otworzył usta, nie spuszczając ze mnie wzroku.

- Chcesz powiedzieć, że… – zaczął powoli, a marszcząc czoło, jakby intensywnie nad czymś myślał. 

- A co tu panowie?! – wydarł się po niemiecku jakiś babon. Szmychnęliśmy zaraz na zewnątrz, a wtedy nie było wyjścia. Półszeptem powiedziałam krótko co i jak. I wymusiłam, żeby obiecał na wszystkie przyszłe miejsca na podium w karierze, że nikomu nie piśnie ani słowa. Nawet Maciejowi. Żyłę tak zatkało, że patrzył się jeszcze na mnie chwilę w milczeniu, a potem szepnął.

- To co? Może byś mi jednak załatwił.. ła… no – jeszcze zniżył głos – no wiesz, papier… znaczy się srajtaśmę… 

Ja nie wiem czy dotarło do niego wszystko, czy nie. Tak sobie to po prostu przyjął do wiadomości? Zrozumiał? Może tak, może nie. To Piotrek… Nie byłam pewna już niczego. Przyniosłam mu ten papier, wytarłam oczy i wróciłam do naszych, starając się nie myśleć co to dalej będzie. Bo wiecie jak jest z tajemnicami u Piotrka. Są super bezpieczne. Aż do czasu, gdy je wypapla. Miałam jeszcze chwilę czasu na przemyślenia, bo on się udał w miejsce, gdzie nawet król chodzi piechotą. Może nim wróci, to ja coś wymyślę. Albo będzie koniec świata.

Podeszłam do stołu, a tu kłótnia na całego! Zły Kubacki kontra rozjuszony Kot. Chciałam to mam Armagedon. 

- Nie spakowałeś mi portfela! – darł się Kubacki.

- A skąd ja mam wiedzieć, gdzie ty chowasz swoje dokumenty z portfelem? – odpowiedział mu wkurzony brunet.

- W szufladzie baranie! – syknął blondyn.

- Jasne, zwalaj teraz na mnie! Trzeba było zostać w tej swojej mikołajkowej pidżamce w domu, Dudusiu – zakpił młodszy kolega.

No i powiedzcie, czy wy byście z nimi wytrzymały? Tak dzień w dzień? Codziennie? Z przerwami na święta? Nie miałam już nerwów i w zasadzie to nawet nie powinnam tego była robić, ale wtrąciłam się do kłótni by ich zamknąć i wrócić wreszcie do pokoju.

- Morda w kubeł! Ja stawiałem Krzyśkowi, więc i za Mustafa zapłacę – spojrzeli na mnie zaskoczeni. – No dobra! Zapłacę wszystkim. Niech stracę!

No bo zarobiłam Marcinowi kasę, nie? Znowu mu nie ubędzie nie wiadomo ile, jak postawię raz pizzę wszystkim. Kamil się uśmiechnął pięknie jak to on potrafi i ja do niego też, że aż mnie policzki zabolały. Stefan też się uśmiechnął, a pozostali łącznie z Żyłą, który wrócił i usiadł, wpatrując się we mnie, pokiwali z uznaniem głową. No czyli jeszcze jakieś reszki sympatii odzyskałam. Uff… Tylko ten Pieter…


[Dejvi]

Życie mnie pokarało takimi kolegami. Naprawdę. Albo los uwielbia płatać mi figle zupełnie za niewinność. Zupełnie nieświadomy niczego i wielce szczęśliwy, że udało mi się wymówić z odwiedzin u ciotki, która zawsze mnie wypytuje, czy się ma szykować na wesele, śniłem, że leżę sobie wygodnie i nie muszę się przejmować żadnymi matołami. Czekał mnie cudowny dzień lenistwa przed wyjazdem do Planicy. Najpierw nie mogłem przeboleć, bo niby czemu mnie odesłali na treningi, jak ja wcale nie najgorzej ze wszystkich skaczę, ale później stwierdziłem, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Chwila wytchnienia mnie czekała po świętach i to z dala bez nich wszystkich. Cisza, spokój, śnieg… czego więcej od życia mogę mieć i chcieć? 

Nagła pobudka to była chyba koszmarem rodem z postrachu z ulicy więzów krwawego Krugera. Kto oglądał ten wie. No i jeszcze mamina ksywka, z której nabijają się koledzy… Będę musiał z nią porozmawiać, że mam już tyle lat, że nie wypada. No i cymbał Kot. Tego to na bank matka pakuje w walizeczkę, bo przecież najistotniejszych rzeczy mi zapomniał zabrać. Choćby taki portfel, nie? Jak można jechać gdzieś bez portfela? Albo z łazienkowej półki zapomniał mi spakować usztywniacz do zębów, żeby po zdjęciu aparatu nie wróciły mi koślawe dwójki. Szczoteczki do zębów też nie było! Co on? Zębów nie myje? Kupili mi na stacji benzynowej nową, ale nie taką jak lubię. Dziąsła mnie po niej bolą. A szampon? Mamin! Czy ja używam rozjaśniacza do blond włosów farbowanych? A rodzicielka sobie musiała nowy kupić i teraz na mnie, że podbieram. No a na dodatek nie miałem jeszcze ze sobą dresowych spodni na trening. Na początku się cieszyłem, bo myślałem, że mnie ominie, bo w czym niby miałem biegać i robić przysiady? W piżamie czy kombinezonie narciarskim? No ale Kruczek zaraz znalazł rozwiązanie. Miałem tylko nadzieję, że nikt mnie nie widział w tych obciachowych gaciach pożyczonych od Skrobota.

W każdym razie, zamiast być skupionym przez całą drogę z hotelu na kwalifikacje do Turnieju, to ja się tylko ciągle denerwowałem całym światem. Jakby psycholog miał dostęp do naszych głów to nie wiem czy by mi pozwolił startować w takim stanie psychicznym. Ale oczywiście Kubackiego nikt nigdy w tej kadrze nie słuchał. Kazali mi wyleźć i iść. Świetnie.

- Co ty Duduś, lewą nogą wstałeś? – zapytał się Sobczyk, łapiąc Kamila, gdy się wybił z platformy do imitacji. Stoch przybrał sylwetkę w locie, a potem wylądował na śniegu telemarkiem. 

- Krzywo – powiedziałem.

- Krzywo wstałeś? – dopytywał drugi trener.

- Kamil krzywo ląduje – wyjaśniłem, co miałem na myśli, przewracając oczami. – A trener, zamiast pilnować, się wydurnia i krzywo uśmiecha. 

Roześmiali się obaj, a ja sobie poszedłem. Rozumiałem, że taki Niunio chodzi z głową w chmurach i nuci pod nosem jakieś pseudoromantyczne piosenki, no ale zlitujcie się… dorośli faceci. No nic. Jak przyszła moja kolej, to usiadłem na dupie na belce i czekałem cierpliwie, aż Kruczek machnie mi chorągiewką. Chociaż na parę sekund będę mógł zapomnieć o tych moich wspaniałomyślnych kolegach. O! Pojechałem! Wybiłem się i ach! Poczułem wiatr we włosach. Wybiłem się prawidłowo i tylko na moje nieszczęście trochę mnie znosiło na prawy bok, no ale co tam. Skocznia szeroka. Narty nieco podniosłem, poczułem, że wiatr pod nartami mnie dalej niesie. I taaaak poleciałem. Bach! Telemark! Proszę państwa jak dla mnie to ja rekord skoczni pobiłem! No dobra, przecież żartuję. Ale spiker darł mordę, że do tej pory był jest to najdłuższy skok. A co tam, też mi się coś od życia należy, nie? Przynajmniej przez chwilę byłem z dala od moich problemów i głupawych uśmiechów kolegów wołających za mną te nieszczęsne słowo: „Duduś”. 

Wypiąłem dumnie pierś i uśmiechnąłem się szeroko do kamery i do wszystkich. A żebyście wiedzieli! Przyjdzie czas, że się w pas będziecie kłaniać przed Dejvim.


--

Witamy, sezon rozpoczęty, co prawda nie do końca po naszej myśli, ale nie ma co panikować. Trzeba wierzyć, że w Finlandii będzie lepiej :) :)
Megi

Sezon się zaczął to i nas nie mogło zabraknąć. Tradycji się musiało stać za dość i inauguracja nie jest taka jak byśmy sobie marzyli. My dalej wierzymy i trzymamy kciuki. A Wy?

Megi mnie namówiła, żeby spróbować napisać Dejvim. Ja mam z tym wielkie problemy, bo co tu dużo ukrywać... mimo starać i tak wyziera ze mnie Złośliwiec. Ja chyba nie umiem już innego Dawida napisać. Efekt oceńcie sami, najwyżej uznamy to tylko za eksperyment.

Ps. Dejvim zaczęłam pisać ja, ty go bardziej wymalowałaś, wypracowałaś, doszlifowałaś ;) I z Twojego Dawida wyszedł prawie Złośliwiec :P Każda z nas ma swoich chłopaków, którymi się nam dobrze pisze. Ale faktycznie zdajemy się na wasze opinie czy Dejvi wypadł jak wymalowany czy nie. Bo tak głupio, że tylko Stefek, Pietrek, a reszty brak, prawda?

Jeszcze zapraszam tutaj - na nowy rozdział do Maćka i Ani.

P.S. Ja naprawdę wierzę, że przyjdzie taki czas, że przed Dejvim będziemy się kłaniać w pas :)
Aria

P.s.s. I ja też. Ja też! I ja doczekam kiedyś takiej chwili! ;)